Rzeczpospolita: Czy spotkanie „normandzkiej czwórki" w Berlinie przełożyło się pozytywnie na sytuację w Donbasie?
Ołeksij Melnyk: Na razie pozytywnych zmian nie obserwujemy. Wszystko zależy od tego, jak szybko polityczne decyzje zostaną zrealizowane w praktyce.
Mówią o wprowadzeniu do Donbasu misji policyjnej OBWE, ale to może potrwać długie miesiące, a może nawet lata. Na wojnie liczy się każdy dzień. Za dwa lub trzy tygodnie to może być już nieaktualne. Obecnie każda ze stron konfliktu gra na czas. Są też takie siły, które są zainteresowane tym, by wojna ta trwała jak najdłużej.
Czy takie siły są też na Ukrainie?
Oczywiście, że tak. Niektórzy politycy wykorzystują wojnę w celach zwiększenia swojej popularności w sondażach. Nie ma co ukrywać, że są też tacy, którzy zarabiają na wojnie pieniądze.
Władze w Kijowie domagają się wycofania rosyjskich żołnierzy z Ukrainy. Moskwa z kolei chce, by Kijów zalegalizował separatystów w Donbasie. Czy jest sposób na wyjście z tego impasu?
Problem „porozumień mińskich" polega na tym, że każda ze stron odczytuje je po swojemu. Gdyby one zostały wykonane tak, jak chce Kreml, Ukraina zostałaby podporządkowana Rosji. Od miesięcy przy pomocy przywódców Francji i Niemiec szukamy kompromisu. Ale na razie kompromis polega na tym, że to właśnie Kijów powinien pójść na ustępstwa, ale nie Moskwa.
Czyli wojna w Donbasie będzie trwała, dopóki Kijów nie ulegnie presji Moskwy?
By móc ostrzeliwać nasze pozycje, separatyści muszą dostawać od Rosjan około wagonu uzbrojenia. Będą przesyłać tyle, ile będzie potrzeba. Ich na to stać, ale nie wiemy, jak długo będziemy w stanie odpierać ich ataki. W Moskwie liczą, że długotrwała wojna wykończy Ukrainę.