[b]Dyrektor Polbanku, który będzie panią sponsorował, mówi: Zaczynaliśmy skromnie, ale chcieliśmy się rozwijać i być wierni marzeniom. Tak jak pani?
Justyna Kowalczyk: [/b] Być może dlatego się dogadaliśmy, nie ukrywam, selekcja sponsorów była ostra. Ale my też zaczynaliśmy wszystko z kartką papieru w ręku i złamaną nartą. I też mieliśmy marzenia.
[b]Ten kontrakt zmieni pani życie? [/b]
Nie sądzę. Pieniądze zawsze były u mnie na drugim miejscu i dalej tak będzie.
[b]Czyli odłoży je pani na konto, by pracowały na przyszłość? [/b]
Tak zrobię. Być może kiedyś się przydadzą, by się wyleczyć, gdy już na dobre zakończę sportową karierę.
[b] Na razie jednak pani nie zwalnia. W ubiegłym sezonie zagarnęła pani wszystko, Tour de Ski, Puchar Świata, przywiozła z Vancouver trzy medale olimpijskie, w tym złoty. Nie było takich myśli, by jednak trochę odpuścić? [/b]
Były, ale szybko postanowiliśmy z trenerem Aleksandrem Wierietielnym, że jedziemy dalej i walczymy tak jak w minionym sezonie. Zamiast igrzysk są przecież mistrzostwa świata w Oslo, z wielu względów będę tam walczyć szczególnie ostro.
[b] Szpilki na nogach, staranny makijaż... Lubi pani siebie taką? [/b]
Nie lubię sesji filmowych i reklamowych, bankietów, ale wyglądać jak człowiek każda kobieta lubi.
[b] Sesje jednak były. Przeżyła pani? [/b]
Co więcej, przyznaję, że to było ciekawe doświadczenie, poszerzające horyzonty.
[b]Opaleniznę przywiozła pani z ostatniego obozu treningowego, z lodowca Dachstein? [/b]
Bez przerwy trenuję. Najpierw miesiąc na Kamczatce, później trzy zgrupowania wysokogórskie. Na Dachsteinie tak grzało, że biegałam na nartach w kostiumie kąpielowym.
[b] Woli pani mrozy czy upały? [/b]
Ani jedno, ani drugie. 17–18 stopni to najlepsza temperatura. W sobotę jadę na kolejne zgrupowanie, do Otepaa w Estonii. Na razie jednak jest tam bardzo gorąco, 35 stopni.
[b] Trudne podbiegi dalej pani lubi? [/b]
Bardziej niż olimpijskie trasy w Vancouver. Na szczęście w Oslo mistrzowska trasa zaczyna się 2,5-km podbiegiem. Później wbiegniemy do lasu, tam może być zmrożony śnieg, a na stadionie błoto. To problem tych, którzy się zajmują smarowaniem nart, nie mój.
[b] Sztab współpracowników będzie taki sam jak w Vancouver?[/b]
Odszedł fizjoterapeuta, zmieniliśmy też lekarza. A poza tym sami swoi.
[b] Miała pani okazję oglądać swoje biegi z igrzysk? [/b]
Oczywiście, i powiem szczerze, że kilku błędów się dopatrzyłam. W biegu łączonym chociażby za późno zareagowałam na ucieczkę Norweżki Marit Bjoergen i próbując ją gonić, splątałam się nartami z jej rodaczką Kristin Steirą. Na tym poziomie rywalizacji trzeba myśleć kilka sekund do przodu.
[b] A ten zjazd na stadion w sprincie? [/b]
Zrobiłam, co mogłam. Wbrew opiniom robię to całkiem dobrze, ale nigdy nie dorównam Bjoergen. Jej noga trzy razy grubsza wytrzyma większe przeciążenia.
[b]Jak długo odpoczywała pani po igrzyskach w Vancouver? [/b]
Nie było żadnego odpoczynku. Gdybym nie pojechała na Kamczatkę, miałabym trochę czasu, ale ciekawość świata zwyciężyła.
[b] Można porównać pani formę z tą sprzed roku? [/b]
Inaczej przygotowujemy się do sezonu. Nie ma takiego pospolitego ruszenia. Jest więcej spokoju, ale trener mówi, że to dobrze. Forma przyjdzie więc nieco później.
[b] Jak wygląda świat oczami czterokrotnej medalistki igrzysk? Inaczej niż przed Vancouver? [/b]
Dalej były katorżnicze podbiegi, błoto pod nartami, pot na twarzy. A gdy budziłam się w rodzinnym domu, patrząc przez okno, widziałam autobus pełen ludzi. Nic się nie zmieniło, ale wciąż szokuje mnie, gdy słyszę – mistrzyni olimpijska przy swoim nazwisku.