Reklama

Wyprawa Tybet 2013. Piątkowe obyczaje

Publikacja: 02.08.2013 11:51

W drodze

W drodze

Foto: DISCOVER 4X4

2 sierpnia 2013, Zhong Ba

stan licznika: 9640 km

Więcej o wyprawie Tybet 2013 i poprzednie odcinki relacji

Tybetańskie refleksje piątkowe są... rzekłbym szczególne.

Po pierwsze, nie bardzo wiadomo po jaką cholerę co jakiś czas na drodze zatrzymują nas punkty kontrolne. Chyba nie służą eliminacji niepożądanych obcokrajowców, gdyż są wyjątkowo niekompetentne. Z ciekawości na jednym z posterunków wymieniliśmy się z kolegami paszportami i... w niczym to policjantom nie przeszkadzało. Ale czasu przy takiej okazji tracimy zwykle sporo. Ludność miejscowa poddaje się kontroli apatycznie – władza ma swoje prawa. Tak jest w Tybecie, tak jest w Xinjiangu. Pokazują Tybetańczykom i Ujgurom, kto tu rządzi.

Reklama
Reklama

Po drugie, administracyjny nacisk powoduje, że pasterskie gospodarstwa tybetańskie, rozrzucone po wzgórzach podług porządku zajmowanych pastwisk znikają. Buduje się wsie ulicówki. Nawet jeżeli w osadzie jest tylko kilkanaście domów. Wyglądają schludnie, mają elektryczność, ale nie mają już „góralskiego" charakteru. A w dodatku wszystkie są na jedno kopyto. Identyczne do tego stopnia, że mieszkańcy po zmroku pewnie się mylą. A mimo pozornej nowoczesności (elektryczność) wodę w czajnikach grzeją na zmyślnym urządzeniu, które promienie słoneczne zamienia na sporą dawkę energii.

Interaktywna mapa wyprawy

Po trzecie, główną rozrywką tybetańskiej prowincji jest... bilard. I to bilard na świeżym powietrzu. Stare, zdezelowane i niekoniecznie poziome stoły stoją wprost na ulicy, w pełnym słońcu i urozmaicają mężczyznom piwną sjestę. Kobiet przy bilardzie nie zauważyłem.

A nie zauważyłem, ponieważ  – po czwarte – kobiety w piątki myją włosy. I czynią to również na ulicy! Czasem pod wodociągiem (gdy we wsi jest), czasem pod pompą, czasem pod konewką trzymaną przez siostrę, matkę, córkę itd.

Wreszcie po piąte, mężczyźni, którzy w bilard akurat nie grają lub przy piwie gry nie kontemplują, czeszą sobie włosy! A robota to żmudna, gdyż Tybetańczyk, który swej tradycji się nie wypiera i nie chce wyglądać jak Strażnik z Teksasu, ma tych włosów co niemiara. Zwykle do pasa. Zwykle zaplecione w warkoczyki (no to trzeba potem rozczesywać!) z różnymi ozdóbkami. A żeby wrażeń estetycznych nie brakowało, na włosach wcale się nie kończy. Kolczyki z kamieniami półszlachetnymi w uszach i różne bransolety są mile widziane. Malowanie paznokci również!

Być może to spadek po tradycji wielomęstwa, które w przeszłości polegało na odwrotności wielożeństwa... No to teraz sobie siedzą przed domem, plotą różne wisiorki i plotkują. Trzeba by tego spróbować... W konkursie na długość włosów przegrałem. Ale kolorem przebijam. Tybetańczyk siwieje dopiero gdy ma około 120 lat.

Reklama
Reklama

Porażeni piątkowymi wrażeniami nocujemy w hotelu, który wyrósł przed nami niespodzianie na pustkowiu Wyżyny Tybetańskiej w miasteczku Zhong Ba, które też nie wiadomo skąd i po co się tu wzięło.

Szczegóły na www.rp.pl/Tybet2013 oraz na stronie www.discover4x4.com.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama