Marian Woronin tylko przez dwa dni był w komitecie honorowym wspierającym inicjatywę dotyczącą odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Piotr Guział, lider stojącej za referendum Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, namówił znanego sprintera, pierwszego białego, który osiągnął na setkę czas 10 sek., podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Woronin od razu zgodził się poprzeć referendum. Tłumaczył, że Gronkiewicz-Waltz nie czuje sportu.

– Sport warszawski nie istnieje. Imprezy są wyrzucane z kalendarza – mówił. Podkreślał, że to wstyd, iż w imprezach dla dzieci, które organizuje, a w których bierze udział po 200 tys. zawodników, ekipy z Warszawy nie zdobywają medali.

Jednak rychło Woronin zmienił zdanie na temat referendum. – Nie ma sensu – napisał w oświadczeniu. Dodał, że obecna sytuacja w żaden sposób nie uzasadnia sięgania po tak poważny oręż, jakim jest referendum, zwłaszcza że za rok są wybory samorządowe.

Dlaczego już nie chce głosowania? Wczoraj powiedział nam, że pochopnie zgodził się na propozycję Guziała. – Trzeba było trzy razy się zastanowić – stwierdził.

Jednak osoby z otoczenia Woronina przekonują, że powód zmiany zdania był inny. – Chodzi o resortowe dotacje dla jego imprez sportowych. Mógł je stracić, gdyby nie zmienił stanowiska w sprawie referendum. Nie chciał ryzykować – relacjonuje jeden z naszych rozmówców. To samo usłyszeliśmy od innej z bliskich Woroninowi osób.

Stowarzyszenie Woronina „Sport dzieci i młodzieży" od lat dostaje pieniądze z Ministerstwa Sportu m.in. na „Lekkoatletyczne czwartki". W tym roku było to 220 tys. zł. Resort wspiera też inne działania Woronina, jak np. sportowe wakacje. – Do tej pory nie kwestionowaliśmy przedstawionych rozliczeń  dotacji. Tylko wtedy można by było zażądać zwrotu środków – mówi Katarzyna Kochaniak, rzeczniczka resortu.

Sam Woronin nie potwierdza, by ktokolwiek groził mu odebraniem dotacji.

Zastrzega, że zdania w sprawie stołecznego sportu nie zmienił. – Wymaga naprawy – uważa.