„Jesteśmy cieniami naszych wrogów: zawsze obok nich. Cienia nie można zniszczyć, nas też" – mówi Aleksander Gładkij, twórca sieci ukraińskich oddziałów partyzanckich na zajętych przez separatystów terenach obwodu donieckiego.
Od razu zastrzega, że „Gładkij" to nie jest prawdziwe nazwisko. Ale nie ukrywa, że przed wybuchem wojny w Donbasie pracował w ochronie jednego z miejscowych koncernów, a jeszcze wcześniej był śledczym ds. szczególnej wagi (choć nie mówi, czy w prokuraturze, milicji czy ukraińskich służbach).
Według jego dość skąpych informacji ukraińska partyzantka na terenach zajętych przez separatystów to sieć oddziałów działających niezależnie. Wiadomo, że pod koniec października ubiegłego roku na Youtube pojawiło się pierwsze oświadczenie partyzantów ogłaszające początek podziemnej walki. Od tego czasu sam „Gładkij" publikuje na Facebooku informacje o udanych akcjach. – 70–80 proc. akcji to polowania poszczególnych oddziałów – mówi.
– Pierwsze karabiny zdobyliśmy (gołymi) rękoma. Rękoma zabiliśmy tych, którzy mieli broń. Wystarczy zlikwidować dwóch i masz już broń. A kto trzymał tę broń? Narkomani, alkoholicy, więc jej zdobycie nie było tak trudne, jak się wydaje – dodaje. Znaczną część oddziałów separatystów sformowano z kryminalistów i półświatka, bardzo licznego w przemysłowych centrach Donbasu.
Poszczególne grupy działają w stepach od zajętego przez Rosjan Nowoazowska (miejscowości nad Morzem Azowskim) po Donieck. „Gładkij" przyznaje, że przy jedynej próbie rozszerzenia terenu walk na sąsiedni obwód ługański zaginął jeden z oddziałów – prawdopodobnie zniszczony w walce. W sumie dotychczas partyzanci stracili 14 ludzi; do własnych strat doliczają jednak pięciu regularnych żołnierzy z grupy zwiadowczej, z którymi współpracowali i przyjaźnili się.