Pobudka 04:30. W jednostce mam być dziesięć minut przed ósmą. Zapisując się przez mObywatela na „wGotowości” wybrałam taką, do której można dotrzeć komunikacją zbiorową. Trasę z Warszawy Gdańskiej do Pomiechówka pociąg Kolei Mazowieckich pokonał w 45 minut.
Program „wGotowości” jest następcą „Trenuj z wojskiem”. Chodzi o powszechne dobrowolne szkolenie obronne. 6 listopada 2025 roku uruchomiły go Ministerstwo Obrony Narodowej i Sztab Generalny Wojska Polskiego Do tej pory wzięło w nim udział 18 tys. osób – poinformował „Rzeczpospolitą” mjr Rafał Rylich, p.o. Rzecznika Prasowego Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej.
Wybrałam jedną z czterech możliwości: podstawowy kurs bezpieczeństwa. Pozostałe to pierwsza pomoc, przetrwanie i cyberbezpieczeństwo. Dwa dni przed rozpoczęciem kursu przypomniał mi o nim mail. Szkolenie jest jednodniowe, trwa około ośmiu godzin.
Dlaczego zdecydowałam się na udział w programie „wGotowości”? Osiem godzin lepsze niż nic
W Pomiechówku jestem przed czasem. Ze stacji kolejowej do jednostki dojść można mniej więcej w kwadrans. Ale akurat zaczyna padać, a na przystanku stoi autobus. – Do jednostki? – pyta kierowca, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Albo miałam to wypisane na twarzy, albo mieszkańcy Pomiechówka przyzwyczaili się do tego, że przyjeżdżają tu uczestnicy programu „wGotowości”.
Pod bramą czekają już dwie osoby, jestem trzecia. Łącznie było nas 28 – mniej więcej tyle samo kobiet, co mężczyzn. Są w grupie rodzice z nastolatkami – bo można zapisać się z dziećmi powyżej 13. roku życia. Dlaczego postanowiłam spędzić sobotę w jednostce wojskowej? Uważam, że szkolić powinni się zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Skorzystałam więc z dostępnej oferty. Wyszłam z założenia, że lepsze osiem godzin niż nic. Nie tylko na wypadek agresji, ale również black outu czy katastrof naturalnych.
Jestem przekonana, że budując system obrony powszechnej możemy naprawić różne bolączki naszego kraju, w tym resortowość czy niskie zaufanie
Sprawdzenie dowodów osobistych, pogadanka o WOT. I śniadanie: kiełbasa, jajko – klasyka. A potem cztery „stacje” w kilkuosobowych podgrupach: mapa (orientacja, azymut, dwukrok), przetrwanie (budowa schronienia, filtrowanie wody, rozpalenie ogniska za pomocą krzesiwa), pierwsza pomoc (sztuczne oddychanie, opaska uciskowa), plecak ewakuacyjny (co powinno się w nim znajdować). Odtąd wiem, jak określić odległość w terenie, licząc kroki. A przy pomocy płatków higienicznych lub tamponu rozpalę ognisko, posługując się krzesiwem.
Czy program obliczony jest na zachęcanie do zaangażowania np. w WOT? Na pewno przybliża armię – w tym Wojska Obrony Terytorialnej, które nie miały łatwego wizerunkowo początku – społeczeństwu. Można wyjść z jednostki, mając wyobrażenie, że wojsko daje chętnym szansę się rozwijać.
A może „wGotowości” to zabawa w wojsko? Towarzyszył mi dysonans. Z jednej strony, pytałam samej siebie, czy to na poważnie. Z drugiej, podczas zajęć z ratownikiem pola walki dotarła do mnie powaga sytuacji. Zresztą były to bardzo ciekawe ćwiczenia – ich wartością była wiedza prowadzącego o doświadczeniach Ukraińców. O moich wrażeniach rozmawiam z dr Weroniką Grzebalską, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Socjolożka również wzięła udział w programie. A problemem obronności zajmuje się naukowo. – Dobrowolne szkolenia to „poważny czas wolny” dla nielicznych w czasach pokoju, ale my w takich nie żyjemy, przy czym nie chcę nikogo straszyć. Ale Polska jest drugim po Ukrainie państwem najbardziej atakowanym w cyberprzestrzeni, a ataki sabotażowe na infrastrukturę krytyczną też są już częścią codzienności. Warto byłoby więc się trwale zorganizować. Spadł nam zapał, który wystąpił na początku agresji, częściej wtedy Polacy deklarowali gotowość. Teraz ludzie urządzają się w nowej rzeczywistości wielokryzysu, niekoniecznie motywuje to do działania – mówi.
Czytaj więcej
Broszura, która ma trafić do wszystkich polskich domów, nie uratuje życia, ale uporządkuje działania w sytuacji trudnej, pomoże przetrwać. I rację...
Byłam zaskoczona, jak interesująca okazała się rozmowa o zawartości plecaka ewakuacyjnego – jakie produkty i patenty sprawdzą się najlepiej.
– Czy naprawdę panowie doradzają go mieć? – zapytałam prowadzących zajęcia.
– Tak jak najbardziej – usłyszałam w odpowiedzi.
To była ostatnia stacja. Potem zostaliśmy zaproszeni na obiad. Rozczarowanie – gulasz zamiast kultowej grochówki. Siedziałam obok jednego z żołnierzy wojsk obrony terytorialnej. Zagaduję o plecak. – Ale gdzie wy się chcecie ewakuować? – pyta żołnierz.
Obiad podany po szkoleniu
Ja osobiście nigdzie, ale myślę o plecaku w kontekście np. black outu. Za chwilę przy kaszy i pieczeni usłyszę najważniejszą tego dnia rzecz. Dopytuję, jak będę mogła się przydać w godzinie W. – Trzeba myśleć o lokalnej wspólnocie. Czy wie pani, np. kto spośród sąsiadów stracił słuch i nie usłyszy sygnału alarmowego?
Byłabym zainteresowana zajęciami o sygnałach alarmowych. I o tym, jak np. poruszać się na klatce schodowej w bloku mieszkalnym w razie nalotu, bo wiem tyle, co powtórzyła mi koleżanka Ukrainka – trzeba pamiętać, że w wyniku eksplozji lecą szyby, więc jak najdalej od okien.
Nastroje uczestników programu „wGotowości” są dobre. „Świetny sposób na spędzanie wolnego czasu”
Nastroje w grupie opuszczającej jednostkę wojskową w Pomiechówku są dobre. Marlena i Klaudia to koleżanki, które zapisały się razem. – Zachęcone przez rodzinę. Ale też ciekawe, jak to wygląda. I świadome napiętej sytuacji – opowiadają mi o motywacjach. Wrażenia? – Bardzo pozytywne. Szkolenie przebiegało w pozytywnej atmosferze – odpowiadają. Co okazało się dla nich najciekawsze? – Praca z mapą. I plecak ewakuacyjny – niby się o nim mówi, ale temat wciąż jest abstrakcyjny.
Pani Ania na szkolenie zapisała się z córką Iwoną. – Uważam, że to świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. Nie chodzi tylko o wojnę, ale i o katastrofy. Szkolenie jest świetnie zorganizowane, na nasze pytania odpowiadali młodzi zaangażowani ludzie. Przy okazji mogłam zobaczyć życie jednostki od środka – mówi pani Ania. – O strażakach społeczeństwo ma wyrobione zdanie. A wojsko jest odległe. To szansa dla niego na poprawę PR-u – kontynuuje Iwona.
– Warto pokazać, że można się przygotować właśnie w okresie spokoju – na zasadzie: być może nic złego się nie wydarzy, ale na wszelki wypadek będziesz przygotowany, pozyskasz wiedzę – o program i relacje społeczeństwa z wojskiem pytam Katarzynę Krzywicką-Zdunek, Socjolożki.pl.
osób wzięło do tej pory udział w programie „wGotowości”
Zapytałam znajomych na Facebooku: czy brali udział w „Trenuj z wojskiem” lub „wGotowości”, albo mają taką chęć. Zgłosił się Jarek z Łodzi. Jest zainteresowany szkoleniem. Interesują go dwa moduły – podstawowy kurs bezpieczeństwa i przetrwanie. Do tej pory albo nie było miejsc, albo nie pasował mu termin; bierze również pod uwagę odległość od jednostki. Zagląda do mObywatela i liczy na to, że w końcu się uda. Mówi mi, że jest fanem modelu fińskiego, który opiera się na tym, że społeczeństwo zdobywa wiedzę i jest przygotowane.
Uczestnicy programu „wGotowości”
– Miesiąc miodowy dobiegł końca. Za nami 20-30 lat spokoju. Może zajęcia przysposobienia obronnego mojemu pokoleniu wydawały się dziwne, jeśli nie śmieszne. Jeszcze w 2014 r., kiedy Rosja zajęła Krym, zagrożenie wydawało się odległe. Byłem wtedy w Kijowie i właściwie poza plakatami, które zachęcały do mobilizacji, nie zauważyłem wojny. Tym bardziej w Polsce – to wciąż była abstrakcja – wspomina kolega.
– Dopiero pełnoskalowa rosyjska agresja cztery lata temu uświadomiła nam, że historia się nie skończyła. A przecież nie tylko wojna jest tym, co może nas dziś niepokoić. To również katastrofy naturalne. Sytuacje są naprawdę różne. Myślę więc, że dobrze korzystać ze wsparcia profesjonalistów, a właśnie tak myślę o polskim wojsku. Jego praca z kolei stanie się łatwiejsza, jeśli społeczeństwo będzie ogarnięte – opowiada Jarek.
Jakie zalety „wGotowości” dostrzega i czy byłby gotów na cykl zajęć, jeśli tylko byłyby organizowane? Dla Jarka atrakcyjna jest ośmiogodzinna formuła – jeśli mu się nie spodoba, nie traci zbyt wiele czasu. Wziąłby pod uwagę cykl zajęć, ale chciałby poznać ich program.
Właściwe Finom partnerskie relacje nie są dla nas naturalne. Kiedy przychodzi dowolny kryzys, Polacy oczekują działań państwa, jednocześnie przyjmując strategię mobilizowania się w kryzysie, a nie budowania odporności na co dzień
– Polacy bardzo dużo i ciężko pracują – według badań dużo więcej godzin niż inni mieszkańcy Europy. A polskie kobiety mają dużo więcej obowiązków opiekuńczych – przyczyna nie leży wyłącznie w takim a nie innym kontrakcie płci, bo chodzi również o wycofanie się państwa z opieki. Dlatego to, że szkolenia są realizowane w czasie wolnym, jest jakimś problemem. Jestem zwolenniczką tego, aby z wiedzą o systemie obrony powszechnej Polak poszedł w życie, opuszczając szkołę – chodzi o to, by wiedzieć, co każdy z nas może zrobić oraz jakie są role poszczególnych aktorów społecznych, a także o znajomość własnej okolicy, czyli gdzie np. znajduje się miejsce schronienia – zauważa Grzebalska.
Młodzi pod presją, kobiety zawieszone w próżni. „Nie wiemy do końca, ani czego państwo oczekuje od obywateli, ani jaka jest strategia”
– Aby ocenić szkolenie, chciałabym wiedzieć, jaki organizujące je państwo polskie ma cel. Póki co, nie wiem. Jeśli to oswojenie z tematem i uświadomienie Polakom, że mogą nastąpić kryzysy oraz zbudowanie zaufania do służb – program spełnia swoją funkcję. Ale w 8 godzin po prostu nie da się wyposażyć uczestników w głębszą wiedzę i umiejętności. To powinno być uczenie się przez całe życie – mówi Grzebalska.
– Nie wiemy do końca, ani czego państwo oczekuje od obywateli, ani jaka jest strategia – nie powstał doktrynalny dokument o systemie obrony powszechnej, który określałby role różnych aktorów społecznych (samorządy, przedsiębiorstwa, obywatele), choć wraz z odpornością jest ona jednym z czterech filarów Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Wiadomo natomiast, że bez względu na to, kto rządzi, punktem odniesienia są Finlandia i Szwecja – dodaje.
W marcu zeszłego roku premier Donald Tusk zapowiedział dobrowolne szkolenia wojskowe. Sondaż pracowni Opinia24 zrealizowany na zlecenie RMF FM pokazał wówczas, że udział w nim chciałoby wziąć 35 proc. Polaków, podczas gdy 54 proc. nie jest na to gotowych. Mężczyzn, którzy „zdecydowanie” skorzystaliby z takiej możliwości jest o osiem punktów procentowych więcej niż kobiet (10 proc.). Najwięcej zainteresowanych szkoleniem respondentów znalazło się w grupie wiekowej od 50 do 59 lat.
– Polaków cechuje pewne wyparcie – widzimy zagrożenia i oczekujemy działań, ale niekoniecznie przekłada się to na osobiste przygotowanie czy zaangażowanie. Raport, który niedługo wyjdzie w Fundacji Batorego, pokazuje że ten problem w większym stopniu dotyczy kobiet. Musimy się zastanowić nad tym, jakie bariery powstrzymują je – nie tylko Polki – przed postrzeganiem bezpieczeństwa jako swojej sprawy. To pole mniej interesuje kobiety, częściowo dlatego, że wydaje się męskie i ma nachylenie wojskowe. Nie bez znaczenia jest również to, że kobiety gorzej oceniają swoje umiejętności, rzadziej korzystają ze szkoleń, jednocześnie jest w nich więcej lęku. To wcale nie oznacza, że kobiety się nie angażują, jednak ich obszarem jest częściej odporność społeczna (to np. pomoc innym, wolontariat) – komentuje Grzebalska.
Czy dyskusja na temat obronności ujawnia napięcia płciowe oraz pomiędzy młodszymi a starszymi pokoleniami? – Młodzi Polacy są pod presją. To jedna z najpoważniejszych toksyn, która na nich oddziałuje. Mają więc poczucie, że to kolejny obowiązek, że właśnie na nich spoczywa obronność kraju. Są jeszcze wśród nas osoby, które doświadczyły II wojny światowej, ale poza tym starsze pokolenia były wychowywane w poczuciu stałego zagrożenia wojną atomową. Odkąd niebezpieczeństwo zapukało do naszych drzwi, starsi oczekują od młodszych wzięcia spraw we własne ręce – wyjaśnia Krzywicka-Zdunek.
– Nasze badania pokazują, że 85 proc. mężczyzn jest przekonanych o tym, iż społeczeństwo oczekuje od nich stanięcia na wysokości zadania. W okresie pokoju to utrzymanie najbliższych. W sytuacji zagrożenia – pomoc rodzinie w dotarciu do bezpiecznego miejsca. Część deklaruje gotowość do walki, inni nie. W porównaniu kobiety są zawieszone w próżni, zresztą same na siebie w ten sposób patrzymy – chodzi o niewiadomą, co właściwie mają robić w obliczu niebezpieczeństwa – uzupełnia badaczka z Socjolożki.pl.
Ekspertka przestrzega przed militaryzacją i wydawaniem każdych pieniędzy na wojsko
– Przez długie lata obrona cywilna pozostawała fikcją. Problemem jest to, że odporność militaryzujemy. Organizatorem programów, które mają ją zbudować – najpierw „Trenuj z wojskiem”, teraz „wGotowości” – jest wojsko. Podczas pandemii, powodzi albo katastrofy na Odrze angażowane jest wojsko – mówi „Rzeczpospolitej” dr Michał Piekarski, Instytut Studiów Międzynarodowych i Bezpieczeństwa.
Grzebalska przestrzega przed dwoma pułapkami. Po pierwsze, przesadną militaryzacją, która nie jest dobra dla społeczeństwa i demokracji. Po drugie, przed „tendencją do wydawania każdych pieniędzy na wojsko”, bo to „zaklinanie rzeczywistości” i „zwolnienie się z odpowiedzialności”, podczas gdy zagrażają nam powodzie, black outy i rozbijające nas od środka działania kognitywne.
Ekspertka pyta mnie, czy wiem, że swoją rolę mają ośrodki pomocy społecznej, pracownik lokalnej administracji i ekspedientka. Chce przez to pokazać, że warto „ucywilnić” rozmowę. Dlaczego? – W badaniu jakościowym dla Fundacji Batorego wyszło nam, że w wyobraźni wielu Polaków żywy jest wciąż model właściwy III RP – za bezpieczeństwo odpowiadać mają zawodowe służby utrzymywane z podatków obywateli, których rola na tym ma się kończyć. W obliczu wielokryzysu to podejście jest nierealistyczne – mówi Weronika Grzebalska.
Coraz więcej dokumentów, w tym Unijna Strategia Gotowości, wychodzi z założenia, że celem jest nie tylko obrona granic, ale także utrzymanie funkcjonowania państwa i społeczeństwa. A za to nie odpowiada wyłącznie wojsko. Istotą tego podejścia jest to, co nazwałabym koprodukcją bezpieczeństwa przez aktorów cywilnych. W kryzysie to od postawy cywilów zależy ciągłość kluczowych instytucji i usług – przekonuje ekspertka.
Czytaj więcej
- To już nie kwestią czy, ale kiedy – mówią oficerowie Wojska Polskiego o odwieszeniu poboru. Dlatego kluczowe jest ustalenie kto pójdzie do wojska...
Może remedium jest właśnie model fiński? – Nie przyjmie się jeden do jednego w Polsce. Każde społeczeństwo musi wypracować swój. Spoglądamy i na Ukrainę, i na Finlandię, a musimy znaleźć coś pośrodku. W Finlandii jest duże zaufanie do instytucji, a to jeden z kluczowych problemów proobronnych praktyk stałych, a nie są one tym samym co zrywy. W tym sensie przed wyzwaniem podobnym do tego, z którym się musimy zmierzyć, stanęli cztery lata temu Ukraińcy – to podczas wojny zgromadzili się wokół flagi, a od zawsze nie ufali instytucjom. W 2022 r. obywatele organizowali się w dużej mierze oddolnie, nie było zinstytucjonalizowanego systemu obrony powszechnej – wyjaśnia Grzebalska.
– W społeczeństwie, które od dekad ma problem ze współpracą obywateli z instytucjami państwa to model ciężki do zaadaptowania. Właściwe Finom partnerskie relacje nie są dla nas naturalne. Kiedy przychodzi dowolny kryzys, Polacy oczekują działań państwa, jednocześnie przyjmując strategię mobilizowania się w kryzysie, a nie budowania odporności na co dzień. Szkolenia powinny uświadamiać obywatelom, że państwo jest kluczowe, ale państwo to także my i też mamy swoje zadania. Trzeba docenić fakt, że są organizowane, ale wiedza o nich jest wciąż niska. Sondaże pokazują też, że jeśli chodzi o przygotowania – szkolenia, zapoznanie się z poradnikiem bezpieczeństwa – nie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być jako państwo przyfrontowe. Czyli nie robimy zapasów leków, nie mamy radia na baterie, nie wiemy, gdzie jest schron, nie omawiamy planów kryzysowych z rodziną itd. – kontynuuje ekspertka.
Nic się nie da z tym zrobić? – Z jednej strony, Polacy nie lubią przymusu i bycia zarządzanymi. Nie chcą, żeby politycy, którym nie ufają szczególnie, mówili im, co mają robić. Nie zgadzają się na to, żeby rządzący decydowali, że mają iść do wojska czy brać udział w szkoleniach – na skutek doświadczeń czasu transformacji przyjęło się zresztą, że obowiązkowa służba wojskowa to strata czasu, nie przydaje się w życiu. Rozpoznaję ogromną potrzebę przedefiniowania relacji państwa z obywatelami. Z drugiej, nie twierdzę, że nie da się porozumieć – deklaruje specjalistka.
Ludzi trzeba traktować poważnie, jako współtwórców systemu bezpieczeństwa, a nie jedynie zasób, którym zarządza państwo. Obrona powszechna nie powstanie przez odgórne nakazy, lecz przez budowanie zaufania i tworzenie różnych form uczestnictwa, odpowiadających różnym kompetencjom i sposobom angażowania się. Organizacje proobronne (np. Związki Strzeleckie) mogłyby odegrać w tym ważną rolę, przejmując część szkoleń cywilnych i stając się pomostem między państwem a społeczeństwem – zastanawia się Grzebalska.
Skoro najważniejsze podczas szkolenia było to, co usłyszałam podczas obiadu, na deser pozostawiam wnioski ekspertki: jeśli chcemy lepszego państwa, tym bardziej musimy zbudować system obrony powszechnej. – To cywilizacyjne zadanie. Jeżeli tego nie zrobimy, czeka nas powolna degradacja. Ludzie są jego ważnym elementem, ale współpracować ze sobą muszą również instytucje, ministerstwa. Jestem przekonana, że budując system obrony powszechnej możemy naprawić różne bolączki naszego kraju, w tym wspomnianą resortowość czy niskie zaufanie. Badania z krajów bałtyckich podpowiadają, że system obrony powszechnej na dłuższą metę poprawia wzajemne relacje – zaufanie państwa do obywateli i obywateli do państwa – podsumowuje Grzebalska.