W ostatni weekend "Przeklęty" trafił na pierwsze strony niemal wszystkich gazet w USA. Wszystko dzięki temu, że w przeddzień nadania ostatniego z sześciu odcinków serialu dokumentalnego policja aresztowała w Nowym Orleanie głównego bohatera filmu. Pod zarzutem morderstwa, do którego ów bohater przyznał się na antenie dzień później.

Robert Durst to potomek znanego i bardzo bogatego dewelopera budowlanego z Nowego Jorku. Jego życie jest pełne mrocznych tajemnic i niewyjaśnionych zagadek. Wiadomo jedynie, że ludzie mu bliscy znikają lub giną w przedziwnych okolicznościach.

Andrew Jarecki poszedł tropem Dursta. Jego opowieść ogląda się jak doskonały kryminał ze stajni HBO. Tyle, że to wszystko prawda.

Durst zostanie w najbliższych dniach przekazany stanowi Kalifornia, gdzie stanie przed sądem za jedno z opisanych w filmie morderstw. Jednym z dowodów w sprawie będzie przyznanie się Dursta do winy, wymamrotane przez niego podczas nagrywania wywiadu z Jareckim. Durst nie wiedział, że jego mikrofon jest wciąż włączony.

Uwielbiam pierwszy film Jareckiego ""Capturing the Freedmans". Jarecki jak mało kto potrafi zajrzeć w mroki ludzkiej duszy. Robi to z niesamowitą lekkością, ale jednocześnie z wielką empatią i bez cienia arogancji.

"Przeklęty" to współczesne "Jądro ciemności". Durst jest zbrodniarzem banalnym, ale takich mamy zbrodniarzy, jaki mamy dziś płytki świat.

Miniserial można obejrzeć na HBO i HBO OD: