Nad ranem, 19 października, Wojciech Pszoniak zmarł po walce z chorobą nowotworową.

Gdy sytuacja wydawała się beznadziejna, żona aktora wymyśliła psychodramę: zaimprowizowała ze szwagierką dialog telefoniczny, który miał się odbyć między Regym a Pszoniakiem. Tak zrodziły się odpowiedzi na pytania, jakie reżyser mógł zadać aktorowi. Ten zaś nauczył się czytać je z kartek. Podczas decydującej rozmowy szwagierka wcieliła się w rolę suflera. Podsłuchując przez słuchawkę z wymontowanym mikrofonem, wskazywała patyczkiem odpowiednie kwestie. Gdy egzamin z francuskiego się skończył, po czole aktora spływał pot. Ale angaż dostał!

Przed wyjazdem do Francji w 1977 r. opanował tekst na pamięć. W Paryżu grał z Gerardem Depardieu. Francuz wygłaszał kilkustronicowe monologi.

– Moja rola była mniejsza, ale znacząca. Wymagała dużo ruchu, który pozwalał rozładować strach – wspomina aktor.

Najtrudniejsze były spotkania poza sceną, zwłaszcza dla osoby tak dynamicznej jak Wojciech Pszoniak.

– Byłem aktywny inaczej. Na początku nic nie mówiłem. Grałem człowieka, który się ciągle zastanawia. Reaguje zdziwieniem. „Aha”. „Co ty powiesz?”. Stałem się idealnym słuchaczem. Z czasem mój francuski był coraz lepszy. Wtedy mówiłem wprost, że nie rozumiem. A na koniec tournée Regy powiedział, że mówię znacznie gorzej niż na początku!

W 1993 r. Karel Reisz zaproponował Pszoniakowi grę w „Deep Blue Sea” w londyńskim Almeida Theatre.

– Mój angielski był lepszy niż francuski po przyjeździe do Paryża, ale nie miałem ochoty na powtórkę językowego thrillera. Jednak Reisz przekonał mnie, że nieznajomość języka nie może przeszkodzić w zagraniu roli, bo ważniejsze są inne środki wyrazu. Słowo jest na końcu.

Sztuka trafiła na West End, Pszoniak występował w Londynie pół roku.

– O tym, co przeżywa aktor, mówi historia wielkiego sir Iana Holma, z którym spotkałem się właśnie w spektaklu Reisza. Grał kiedyś Szekspira. Po pierwszym akcie zamknął się w garderobie. W drugim akcie nie wyszedł. Przerósł go lęk. Spektakl przerwano. Występował w filmach, serialach. Wrócił na scenę dopiero po 17 latach - mówił wówczas.

– Jeśli aktor walczy ze strachem, mówiąc w rodzimym języku, to znaczy, że operując językiem obcym, boi się podwójnie. Ale nie przesadzajmy: już taką człowiek ma naturę, że się boi, a strach, jeśli nie paraliżuje, jest wielką siłą napędową. Zwłaszcza dla aktora, który jak ja walczy z rutyną. Potrafię przetworzyć lęk na pozytywną energię. Z tremy biorę natchnienie, które jest mi potrzebne do gry - dodawał.

Po wielu zagranicznych doświadczeniach Wojciech Pszoniak przekonał się, że trzeba pozostać sobą.

– Rzecz w osobowości. Walczę o to, żeby obcy język mnie nie zdominował, żebym pozostał Wojciechem Pszoniakiem.

Claude Regy do dziś nie wie, że zaangażował Polaka, który nie znał francuskiego.