Z gorączki młodzieńczej powieści Goethego „Cierpienia młodego Wertera” na scenie krakowskiego Starego Teatru ocalało niewiele. Akcja toczy się współcześnie. Lotta występuje bez różowej kokardy, a Werter bez fraka i żółtej kamizelki. Brak reszty zwyczajowego sztafażu.

Nim na scenę wkroczy Werter (Krzysztof Zarzecki), przy fortepianie zasiądzie jego powiernik Wilhelm (doskonały Roman Gancarczyk) – w powieści adresat listów zakochanego; tu – akompaniator, zmęczony jazzman. Lejtmotywem opowieści stanie się muzyka Schuberta, ukłon realizatorów w stronę epoki. Ale powaga nie jest pełna, bo Werter nie okaże się ani mistrzem śpiewu, ani pełnej romantyzmu uczuciowości.

Zadanie jednak odrabia. Zakochuje się. Cierpi, chce umrzeć, ale powód nie jest oczywisty. Zalotów Wertera Lotta bowiem nie odrzuca, a ich konsumpcja nie będzie przyczyną tragedii. Albert (Krzysztof Zawadzki), ten trzeci, jej narzeczony, a potem mąż, wykazuje zgoła nieromantyczne pobłażanie. Zresztą nie o tym jest „Werter” w reżyserii Michała Borczucha.

Autorzy spektaklu dopisują powieści dalszy ciąg. Miejsce akcji zmieniło się. W dolinie powstała fabryka azbestu, przeobrażając krajobraz i ludzi. Albert chce rewitalizacji doliny i utworzenia zakładu utylizacji ludzkich odchodów. Ideał sięgnął gnojówki.

Przy takiej zmianie powieść Goethego staje się ramotką. Jej idealistyczne hasła powrotu do natury brzmią groteskowo, dając efekty wręcz komiczne. „Cierpienia…” muszą się więc wydać staroświecko naiwne. Śmieszą idee i postawy, które dla pokoleń czytelników były mitem.

Paradoksalnie, w spektaklu jest coś więcej niż banalny pomysł zdewaluowania wszystkich wartości. Opowieść staje się przejmująca, gdy reżyser sięga po oryginalny tekst. Z tyrad głównego bohatera wyziera bowiem poruszające doświadczenie obcości, niezależne od stopnia zanieczyszczenia środowiska czy tolerancji obyczajowej. Pytający o sens egzystencji Werter nie odnajduje się wśród innych.

Bardziej to przekonujący powód do strzału w łeb niż dylematy kanalizacji.