Masowa publiczność zapamięta pewnie Jana Frycza jako maniakalnego gangusa Daria z serialu „Ślepnąc od świateł” (wg powieści Jakuba Żulczyka), przez którego przeziera metafizyczne zło, a może zło natury ludzkiej. Jego Jarek z „Wielkiego Szu” emanuje arogancją, która prowadzi do klęski. Miał coś z tej ostateczności bohater Frycza w „Egoistach” Mariusza Trelińskiego. Załamanie – nagłe, wręcz irracjonalne przeżywał pułkownik Siemian z gombrowiczowskiej „Pornografii” Jana Jakuba Kolskiego w roli nagrodzonej w Gdyni. Irracjonalne? A może niekoniecznie. Frycz często pokazywał, jak blisko jest od szczęścia do piekła, jak się tego nie spodziewamy. A może tylko ukrywamy je za maską względnego powodzenia.

Jan Frycz – gwiazda Teatru Narodowego

Być może właśnie te role zostaną zapamiętane, być może w nich wyraża się emploi aktora, ale nie byłoby ich bez teatru, a domem artystycznym Frycza były dwie sceny narodowe – niegdyś Stary w Krakowie i do końca ta w Warszawie, gdzie zagrał ostatnią rolę króla Stanisława Augusta w „Termopilach”. Trzeci był teatr mobilny, wędrujący, wędrowny – kierowany przez Mikołaja Grabowskiego, z początkami w krakowskim Słowaku oraz w STU, a potem bez konkretnego adresu.

Czytaj więcej

Teatr Umer i Lupy ocalony od zapomnienia. Już do obejrzenia w TVP VOD

Mieliśmy zobaczyć Jana Frycza w nowym sezonie w Teatrze Narodowym w „Orestei” w inscenizacji Luca Percevala, ale już wiemy, że na deskach teatralnych ostatnią kreacją będzie właśnie postać ostatniego króla Rzeczpospolitej, Stanisława Augusta Poniatowskiego. I stanowić będzie na zawsze dowód determinacji artysty i jego życiowej pasji. Do prób w spektaklu przystępował ze świadomością choroby. Jednak nie poddawał się. Z sarkazmem i ostrą ironią, która często pobrzmiewała w jego głosie, zagrał króla zmierzającego do abdykacji, co unaoczniał, w oderwaniu od długiego królewskiego płaszcza, nie tron, lecz wędkarski stołeczek. A potem ze smutkiem, a może przeczuciem przemijania, mówił „Grób Agamemnona” Juliusza Słowackiego, włączony przez Jana Klatę, reżysera spektaklu, do tekstu Bolesława Micińskiego.

Jan Frycz – gwiazda Grabowskiego i Lupy

Jeśli można powiedzieć, że w życiu aktora pełnego kreacji jest ten jeden najważniejszy czas, rok lub sezon – to w biografii Jana Frycza wskazałbym na rok 1990. 3 marca 1990 r. odbyła się premiera spektaklu „Opis obyczajów, czyli... jak zwyczajnie wszędzie się mięsza złe do dobrego” Jędrzeja Kitowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego (Teatr STU, Kraków); 10 kwietnia „Braci Karamazow” Fiodora Dostojewskiego (Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, Kraków), zaś 11 września – „Pożegnania jesieni”, gdzie zagrał Atanazego Bazakbala opętanego destrukcyjną namiętnością, co umiał grać jak mało kto.

W „Braciach Karamazow” Frycz wywlekał na widok publiczny piekło Iwana, człowieka-gorączki, które wybucha niesłychaną erupcją w słynnym oskarżycielskim monologu pod adresem Boga, ale też pośrednio sadystycznego ojca. To był Iwan choleryk, zacięty, zapiekły, skrzywdzony, buntujący się wobec dawnego porządku świata i patriarchalnego systemu. Podający wstrząsającą listę skrzywdzonych, maltretowanych przez rodziców i społeczeństwo dzieci. Świadczącą o tym, że bez szacunku dla nich świat nigdy nie będzie normalny i spokojny, tylko przepełniony poczuciem krzywdy, rodzącej chęć zemsty.

Czytaj więcej

"Idiota" w Teatrze Narodowym: Chrystus czy Antychryst

Niechronologicznie przypomnę drugą kreację u Lupy – Escha z „Lunatyków” Brocha z 1995 r. Rolę zupełnie inną – człowieka poszukującego nowej szansy w czasie przesilenia. Człowieka prostolinijnego, ale i pełnego śmieszności oraz niepewności, przede wszystkim zaś zdecydowania, które toruje drogę w życiu, jakim rządzą niejasne reguły wielkich tego świata. Spektakl miał wątek romansowy, grany przez Frycza razem z genialną Anną Polony (Ewa Korn). Razem dali popis nieśmiałości i przekraczania murów, jakie zdarzają się wielu parom, łączącym się tyle z miłości, co w pragnieniu znalezienia osoby zaufanej. Tragizm życia był zbalansowany niesamowitym komizmem. Z tych dwóch ról rodziła się niezapomniana groteska Lupy.

Przypominam te dwie role jako pierwsze, może niesprawiedliwie dla reżysera debiutu teatralnego Jana Frycza, czyli Mikołaja Grabowskiego. Na początku Frycz był bowiem aktorem Teatru im. Słowackiego w Krakowie (od 1978 r.), zaś swoją pierwszą rolę Edmunda grał w „Damach i huzarach” Fredry w reżyserii Grabowskiego właśnie.

Frycza zapraszali najwięksi

„Opis obyczajów” tego samego reżysera to był sarmacki konterfekt wyniesiony na polską drogę, w którym przeglądała się nieprzemijająca polska obyczajowość, opilstwo, obżarstwo, skłonność do przesady – tak w gościnności, jak i zapiekłości, powierzchowny katolicyzm. Jan Frycz, grający w krótkich spodenkach jak harcerz, m.in., razem z braćmi Grabowskimi i ich żonami Iwoną Bielską i Anną Tomaszewską – doprowadzał publiczność do łez. To była jedna wielka „beczka śmiechu”, biorąca się ze staropolskiej gawędy i nowoczesnej improwizacji, a także gogolowskiej prawdy, że „z samych siebie się śmiejemy”. Za tę rolę oraz Escha Jan Frycz otrzymał Nagrodę im. Zelwerowicza dla najlepszego aktora sezonu 1989/90.

A gdy Jan Frycz grał „Opis” na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych – po pierwszym pokazie ukryłem się w toalecie, by przeżyć to jeszcze raz. Nie chciałem wychodzić z takiego teatru. Ten rodzaj teatru Frycz uprawiał prawie do końca w spektaklu „Kwartet dla czterech aktorów” Bogusława Schaeffera z 1991 r., gdzie improwizował w doborowym towarzystwie razem z Mikołajem i Andrzejem Grabowskimi oraz Janem Peszkiem (zastępowany czasami przez Tomasza Karolaka). Ten spektakl pokazał 17 marca 2026 r. Teatr Telewizji. 35 lat po premierze miał wciąż wielką siłę.

Czytaj więcej

Żulczyk: Kontynuacja "Ślepnąc od świateł? Odpowiedziałem na potrzeby fanów

Jeszcze na początku teatralnej kariery – Frycza po raz pierwszy kusił Narodowy, jeszcze przed odwołaniem Adama Hanuszkiewicza w stanie wojennym. Zagrał w „Komedii pasterskiej” 4 grudnia 1982 r. Kusiła go Warszawa, gdzie w Polskim stworzył rolę Wacława w „Zemście” Kazimierza Dejmka (1983). W 1986 r. miał na koncie postać tytułową w „Amadeuszu” w Słowaku, zaś w następnym roku Kordiana w Polskim w spektaklu Jana Englerta. Był jednym z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia i nie tylko, nic więc dziwnego, że wszyscy wyciągali po niego ręce, chcąc skorzystać z jego talentu. Korzystał również Teatr Telewizji po zakończeniu bojkotu. Zagrał wtedy Hamleta w spektaklu Jana Englerta i Syfona w słynnej adaptacji „Ferdydurke” Macieja Wojtyszki. Andrzej Wajda w Starym obsadził Frycza jako Księdza w „Klątwie”, zaś Grzegorz Jarzyna w roli Adriana Leverkuehna w „Doktorze Faustusie” Manna (Polski we Wrocławiu).

Bohaterów Frycza bolała dusza

Znakomicie sprawdzał się w repertuarze rosyjskim, gdzie trzeba było pokazać skrajności, nagłe pęknięcie i szczerość, bo trudno wytrzymać, gdy „dusza boli”. W Narodowym grał Zachedryńskiego w „Miłości na Krymie” w reżyserii Jerzego Jarockiego, zaraz potem Iwanowa w spektaklu Jana Englerta. Później był zwariowany eksperymentator teatralny Stomil w „Tangu” Jarockiego, u którego pokazał się wcześniej w Starym jako ekscentryczny Witkacy w „Grzebaniu”.

Ról miał w dorobku wiele, ale w 2014 r. przyszedł czas na specjalną – aktora Teatru Narodowego, na którego w salonie czeka bohema z myślą o „kolacji artystycznej” w „Wycince” Thomasa Bernharda w inscenizacji Krystiana Lupy.

Frycz grał i ośmieszał jednocześnie kabotyństwo artystów, a także ich uwikłania w sprawy sławy, karier i pieniędzy, zależność od polityków. Ale też pokazywał, że za maską i kostiumem kabotyna może kryć się geniusz i talent. I nigdy nie wiadomo, kiedy się objawi. Tak jak nigdy nie wiadomo, kiedy sztuka wypali lub przeminie niczym strzał kapiszona.

Czytaj więcej

„Ślepnąc od świateł” wśród najlepszych światowych seriali

Ten spektakl antycypował polityczną przyszłość i został zniszczony w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy, kiedy osadzono w Polskim we Wrocławiu Cezarego Morawskiego. Wcześniej „Wycinkę” zdążono pokazać na inaugurację prestiżowego Festival d'Avignon oraz w Paryżu na deskach Théâtre de l'Odéon (w ramach Festival d'Automne). W Pekinie, Tokio, Seulu, Madrycie. Miał zaproszenia do Ameryki i stał się dochodowy. Ale dokonano na nim politycznej egzekucji, co Lupa pokazał potem w „Procesie” wg Kafki.

Na szczęście „Wycinka” pod szyldem wrocławskiego Teatru w Podziemiu została wznowiona z myślą o rejestracji dla Teatru Telewizji. W wakacyjny poniedziałek teatry nie grają, ale Jana Frycza można podziwiać w TVP VOD. Na okrągło, w każdy dzień tygodnia.

Zaś jesienią zobaczymy Frycza w Teatrze Telewizji w „Królu Maciusiu Pierwszym”. To będzie jego ostatnia teatralna rola. Jedynym pocieszeniem może być to, że gdy będziemy go oglądać – wybitny artysta nie będzie się spalać w emocjach, bo każdy spektakl kosztował go coś więcej niż tylko tremę.