Kopalnia na Śląsku była centrum lokalnego wszechświata, wokół którego organizowało się życie kilku pokoleń ludzi. Była źródłem utrzymania, ale i symbolem pewnej kultury pracy, a także rodzajem bardzo intensywnej, trwałej więzi spajającej pracujących w niej górników. Więź umacniało górnicze osiedle – zorganizowane w sposób perfekcyjny, zaspokajające wszystkie potrzeby mieszkańców. Takich osiedli na Górnym Śląsku jest wiele, a najpiękniejsze z nich to wybudowany sto lat temu katowicki Giszowiec.
Projekt Giszowca nawiązywał do idei miasta-ogrodu sir Ebenezera Howarda, był ewenementem w skali Europy. Kolonia składała się z 600 mieszkań, głównie w domkach jednorodzinnych i bliźniaczych stojących w ogrodach. Między kopalnią a Giszowcem kursowała darmowa kolejka. W osadzie były: kościół, cmentarz, szkoła, pralnia, łaźnia, magiel, szpital, sklepy, gospoda, kręgielnia, muszla koncertowa i sala teatralna. Taki zespół urbanistyczny dowartościowywał mieszkających w jego obrębie ludzi, dlatego wierzyli, że są ważni i na ogół dobrze im się żyło. Małgorzata Szejnert w liczącym ponad pięćset stron „Czarnym ogrodzie" sportretowała tę wielobarwną śląską społeczność, uwypuklając skomplikowane losy ludzi tzw. pogranicza, których nie oszczędzała historia poprzedniego, tak okrutnego w konflikty zbrojne i walkę ideologii stulecia.
Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku komunistyczny kacyk kazał to magiczne miejsce – symbol oświeconego kapitalizmu - zrównać z ziemią. Rok 1980 i powstały wówczas film Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca" uchroniły zaledwie jedną trzecią giszowieckiego miasta-ogrodu, bo w to, co pozostało, wdarł się barbarzyńca – tandetne PRL-owskie blokowisko. Szejnert swą książką także ocaliła dawny Giszowiec.
„Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert na scenę przenieśli Krzysztof Kopka, autor scenariusza, i reżyser Jacek Głomb. To para twórców, którzy wyspecjalizowali się w tzw. teatrze lokalnych opowieści, zapoczątkowanym w Legnicy przed piętnastu laty przez „Balladę o Zakaczawiu". Jak sami mówią o swym najnowszym dziele – jest to nie tyle adaptacja, co wariacja na motywach książki Szejnert. Wielkiej historii – jak u Szejnert - tu nie ma, Kopka z Głombem nie akcentują żadnej z przełomowych dla historii dwudziestego stulecia daty. Ich „Czarny ogród" to zaledwie pojedyncze losy ludzi, ich emocje, pasje, zainteresowania.
Scena jest niemal pusta. Czarna i straszna – jak kopalnia. Scenograf Małgorzata Bulanda wypełnia ją zaledwie kilkoma rekwizytami: karuzelą z końmi i łabędziem, wagonikiem kolejki, maglem, górniczym drelichem zawieszonym u sufitu, jak w łańcuszkowej kopalnianej szatni. Przewodnikiem po czeluściach jest zbiegły z niebiańskiego raju górnik Wojciech Bywalec – w tej roli Bernard Krawczyk - wielki admirator śpiewu, który za pracą wędrował od Śląska po Westfalię, a swe życie, które zaczęło się na Giszowcu i tu dopełniło, spisał w pamiętniku.