Wytrzemy ich nosy w śmieciach i to będzie wstępem do końca wojny – w taki sposób prezydent Baszar Asad scharakteryzował sytuację w prowincji Idlib, gdzie jego armia prowadzi zwycięską ofensywę przeciwko bojownikom fundamentalistycznej Organizacji Wyzwolenia Lewantu (Hajat Tahrir asz-Szam, w skrócie HTS).

Kontrolują większość prowincji Idlib, ostatni bastion oporu przeciwko reżimowi Asada, jeżeli nie liczyć nadgranicznych terenów pod turecką okupacją oraz obszarów zajmowanych przez syryjskich Kurdów. Obszar terenów roponośnych jest nadal pod kontrolą okrojonych sił USA w Syrii.

Mróz zabija jak bomby

Prezydent Asad zapowiada  z Damaszku walkę do zwycięskiego końca. Walkę, w której ofiarami są mieszkańcy prowincji, na ich domy spadają bomby zrzucane z syryjskich i lądują pociski artyleryjskie. Do tego dochodzą rakiety z rosyjskich samolotów bojowych wspierających syryjskie natarcie. Amerykańskie źródła podają, że Rosjanie zrzucają do setki pocisków bomb dziennie, nierzadko na szpitale czy szkoły mające być punktami oporu bojowników HTS, organizacji uznawanej za terrorystyczną.

Skutkiem zmasowanego natarcia jest katastrofa humanitarna na ogromną skalę, patrząc nawet z perspektywy dziewięcioletniej wojny domowej.  Pochłonęła już ponad 400 tys. ofiar śmiertelnych, jednak wydarzenia prowincji Idlib mają niespotykaną dynamikę.

Niemal milion mieszkańców prowincji opuściło swe domostwa, szukając schronienia przy tureckiej granicy strzeżonej podwójnymi zasiekami. Są to często ludzie, którzy uciekli do Idlib z innych regionów Syrii, licząc, że przetrwają  tam do końca wojny.

Obecnie spędzają nierzadko dni w szczerym polu, temperatury spadały w nocy niedawno poniżej zera.

Z doniesień agencyjnych wynika, że do wtorku z zimna zmarło już pięcioro dzieci. Uchodźcy palą na ogniskach swój dobytek, aby nie zamarznąć. Liczbę ofiar śmiertelnych od grudnia ubiegłego roku szacuje się na półtora tysiąca osób.

Rosjanie i dżihadyści

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

Turcja apeluje o wstrzymanie ofensywy, do apelu przyłączył się Donald Trump. Społeczność międzynarodowa jest oburzona, lecz nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać katastrofy. Chyba że rebelianci zostaną wyposażeni w wyrzutnie przeciwlotnicze, co miałoby skutecznie zapobiec atakom z powietrza. Niewykluczone, że to już nastąpiło, o czym świadczą strącone w ostatnim czasie dwa helikoptery sił Asada. Z drugiej strony obrońcy Idlib to w większości bojownicy HTS, która wywodzi się z Al-Kaidy. – Idlib to kolejne gniazdo dżihadystów, które powinno zostać zlikwidowane – twierdzi od dawna Kreml ustami rzecznika Putina Dmitrija Pieskowa. Kreml jest więc przekonany, że ma carte blanche w Idlibie do likwidacji terrorystów.

– Problem w tym, że Rosjanie stosują tam taktykę spalonej ziemi. To ich bombardowania prowadzą do masowej ucieczki mieszkańców z miast i osiedli przekształcanych systematycznie w gruzy – mówi „Rzeczpospolitej" ambasador Gunther Mulack, szef Niemieckiego Instytutu Orientalnego. Przy tym Rosjanie powołują się na przykład amerykańskich bombardowań Rakki, stolicy samozwańczego tzw. Państwa Islamskiego (ISIS), gdzie także ginęli cywile. – Różnica jest taka, że w Rakce schronili się zwolennicy ISIS, podczas gdy w Idlib tłoczą się uchodźcy z całej Syrii – mówi Mulack.

Nie wiadomo do końca, jakie straty ponosi HTS w prowincji. Jest to potężna salaficka organizacja militarna, która powstała trzy lata temu z połączenia kilku ugrupowań fundamentalistycznych. Liczyła wtedy 31 tys. bojowników. Wkrótce doszło do konfliktu ze wspieraną przez Turcję organizacją Narodowy Front Wyzwolenia.

W walkach zginęło w krótkim czasie ok. 750 bojowników HTS oraz ponad 220 z protureckiego Frontu. Po obu stronach naliczono 3 tys. rannych. Zniszczonych zostało wiele czołgów oraz transporterów opancerzonych. Starcia skończyły się rok temu zawieszeniem broni i objęciem kontroli nad niemal całą prowincją Idlib przez HTS. Dżihadyści walczą teraz z determinacją, wiedząc doskonale, co ich czeka w wypadku klęski.

Po stronie syryjskiej armii walczą bataliony ochotników szyickich, w których jest wielu Afgańczyków. Owiani legendą niezwykłej brutalności nie pozostawiają żywych na polu walki. Armię Asada wspierają także oddziały irańskich Strażników Rewolucji, jednak wiele wskazuje na to, że nie uczestniczą obecnie bezpośrednio w walkach.

Co zrobi Turcja

Wszystko to dzieje się w bezpośrednim sąsiedztwie Turcji. Co więcej, w starciach w Idlib giną tureccy żołnierze niebiorący w nich bezpośredniego udziału. Są to załogi tureckich punktów obserwacyjnych. Jest ich w sumie dwanaście, lecz trzy zostały już zlikwidowane przez siły syryjskie. W odwetowych atakach tureckich zginęła niemal setka żołnierzy reżimowych.

– Reżim musi wiedzieć, że nie cofniemy się przed niczym w obronie naszych oddziałów – groził kilka dni temu wiceprezydent Turcji Fuat Oktay. Adresatem tych słów był nie tylko Damaszek, ale i Moskwa. To od decyzji Kremla zależy dalszy ciąg wydarzeń w Idlib. Zajęcie przez siły Asada graniczącej z Turcją prowincji oznaczałoby, iż zbrojna opozycja w Syrii przestaje praktyczne istnieć. Nie tylko HTS, ale wierne Turcji oddziały Narodowego Frontu Wyzwolenia. Tym samym Ankara musiałaby pożegnać się ostatecznie z planami zmiany władzy w Damaszku. Co więcej, Turcja utraciłaby wiele atutów w kształtowaniu przyszłej Syrii.

– Cokolwiek się wydarzy, nie sposób sobie wyobrazić, aby mogło dojść do starć pomiędzy siłami tureckimi i rosyjskimi w Syrii. Armia turecka ograniczy się do działań przeciwko siłom Asada – zapewnia „Rzeczpospolitą" prof. Ilter Turan, politolog z uniwersytetu Bilgi w Stambule. Armia turecka przerzuca do Syrii od tygodni duże ilości ciężkiego sprzętu, przygotowując się na najgorszy scenariusz niewykluczający szturmu uchodźców na turecką granicę.

Wiele wskazuje na to, że Turcja zdecyduje się na konfrontację z armią Asada, starając się zatrzymać ofensywę, jeżeli prezydentowi Erdoganowi nie uda się porozumieć w tej sprawie z Putinem. Ankara liczy także na zmianę stanowiska prezydenta Trumpa. Jak na razie jednak Pentagon nie zamierza wzmacniać swych sił w Syrii.