Reklama
Rozwiń
Reklama

Propagandowa klęska Pekinu

Chińskie władze zabrały do stolicy Tybetu zachodnich reporterów. Wizytę zakłócili buddyjscy mnisi

Aktualizacja: 28.03.2008 03:59 Publikacja: 28.03.2008 03:25

Mnisi w świątyni Jiokhang w Lhasie

Mnisi w świątyni Jiokhang w Lhasie

Foto: AFP

Tybet nie jest wolny! – zaczęli krzyczeć mnisi, kiedy w świątyni Jiokhang w Lhasie pojawiła się grupka zachodnich dziennikarzy. Incydent zakłócił misternie przygotowany spektakl, który miał uciszyć międzynarodową krytykę pod adresem chińskich władz.

Tuż po wybuchu antychińskich demonstracji w Lhasie Chińczycy kazali zagranicznym dziennikarzom opuścić Tybet. Bez obecności mediów wojsko szybko rozprawiło się z Tybetańczykami, którzy chcieli upamiętnić powstanie przeciwko chińskim rządom 49 lat temu. Władze w Pekinie twierdzą, że podczas zamieszek zginęły22 osoby. Przebywający na emigracji tybetański rząd mówi o 140 ofiarach.Pod międzynarodową presją w środę Chińczycy zabrali grupę 26 zachodnich dziennikarzy na trzydniową wycieczkę do Lhasy, aby na miejscu mogli ocenić, kto odpowiada za wybuch przemocy. Reporterom pokazywano miejsca zniszczone przez demonstrantów, spalone sklepy i szkołę, którą obrzucono koktajlami Mołotowa.

– Nie wiem, dlaczego zaatakowano naszą placówkę – mówił dziennikarzom dyrektor szkoły, który podkreślał, że 80 procent uczniów to Tybetańczycy.

W programie wycieczki znalazła się również wizyta w lokalnym areszcie, gdzie przetrzymywani są uczestnicy zamieszek. Dziennikarze pod czujnym okiem swoich chińskich opiekunów i przy pomocy tłumacza mogli porozmawiać z kilkoma aresztantami.

– Wszyscy moi znajomi podpalali sklepy, więc do nich dołączyłem – mówił przez kraty 25-letni Luoya. Aresztowany przyznał, że dzięki rozmowie z dziennikarzami liczy na łagodniejsze potraktowanie przez władze. Starannie wyreżyserowana wycieczka została zakłócona, kiedy dziennikarzy przywieziono do świątyni Jiokhang uznawanej za najważniejsze miejsce kultu tybetańskich buddystów. Do reporterów podbiegło 30 mnichów.

Reklama
Reklama

– Nie wierzcie w to, co mówią wam Chińczycy. Tybet nie jest wolny, a Dalajlama nie stoi za protestami – podkreślali.

Opowiadali, że jeszcze dzień wcześniej świątynia była otoczona kordonem wojska i policji, ale na czas wizyty dziennikarzy siły bezpieczeństwa wycofano. Do świątyni przysłano za to osoby przebrane za mnichów, które miały odpowiadać na pytania gości i sprawiać wrażenie, że wszystko funkcjonuje normalnie.

Rząd w Pekinie nie chciał komentować incydentu. Konsekwentnie twierdzi natomiast, że za falą demonstracji i zamieszek stoi Dalajlama, który zabiega o większą autonomię dla Tybetu. W wywiadzie, który ma być nadany dzisiaj przez indyjską telewizję NDTV, duchowy przywódca Tybetańczyków sprzeciwia się bojkotowi igrzysk w Pekinie. Jego zdaniem olimpiada będzie dobrą okazją, aby przypomnieć Chinom o konieczności przestrzegania praw człowieka.

ap afp

Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1454
Świat
Tym otruto Aleksieja Nawalnego. Czym jest toksyna żaby drzewołazowatej?
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1453
Świat
Islam w Europie, brutalna diagnoza. Europejski laicyzm przegrywa?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama