Pracownicy przemysłu motoryzacyjnego wyjdą w sobotę na ulice Moskwy, Petersburga, Taganrogu, Tweru i Chabarowska, a w niedzielę protest ma się odbyć w Permie na Uralu – zapowiada dziennik „Wriemia Nowostiej”.Demonstracjami pod hasłem „Robotnicy nie powinni płacić za kryzys”, ich uczestnicy odpowiedzą na zwolnienia i cięcia płac w rosyjskich zakładach. – Państwo mówi o wsparciu dla rodzimego przemysłu samochodowego. Ale nawet w tych rzekomo chronionych fabrykach ludzie tracą pracę albo część pensji – opowiada „Rz” Andriej Demidow z Instytutu Wspólne Działanie.

Uczestnicy demonstracji w Petersburgu mają przyjść z trzema butami – dwoma na nogach i jednym w ręce. Właśnie tymi nadliczbowymi butami zostanie obrzucona kukła z zawieszonymi na szyi tabliczkami: „Kapitał” i „Władze”.

– To także protesty przeciwko represjom wobec niezależnych związków zawodowych – mówi Demidow. Organizujący akcję przedstawiciele tak zwanych wolnych związków zawodowych, w odróżnieniu od lojalnych wobec władz działaczy Federacji Niezależnych Związków Zawodowych Rosji, są obecnie pod ostrzałem. Według Demidowa uważani za zagrożenie zarówno przez pracodawców, jak i przez władze, są zwalniani w pierwszej kolejności.

8 lutego nieznani sprawcy napadli szefa petersburskich związków z General Motors Jewgienija Iwanowa. Trzy miesiące temu podobny los spotkał szefa związków Forda Aleksieja Etmanowa.

Według mediów Kreml panicznie boi się wybuchu buntu, na wszelki wypadek wstrzymując ograniczenie liczebności wojsk wewnętrznych. Na razie jednak Rosji nie grozi masowy bunt. – Państwowe rezerwy topnieją, ale na pewno starczy ich na utrzymanie względnego spokoju do końca tego roku – mówi „Rz” politolog Aleksiej Makarkin. – Co będzie potem, trudno przewidzieć – dodaje.

[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: [mail=j.prus@rp.pl]j.prus@rp.pl[/mail][/i]