Pytanie o sens prawa międzynarodowego wraca za każdym razem, gdy ktoś bezkarnie je łamie. Wojna w Ukrainie, Gaza, Sudan, kolejne państwa ogłaszające wyjście z MTK, lista argumentów sceptyków jest długa. Według dr Nakoniecznej-Bartosiewicz problem zaczyna się od fałszywego oczekiwania.

Reklama
Reklama

Nie ma szeryfa

– To jedna z pierwszych rzeczy, które próbujemy wytłumaczyć studentom: prawo międzynarodowe jest czymś innym niż prawo krajowe – mówi. – W państwie mamy prawo karne i policję, która zmusi nas, byśmy się podporządkowali. Państwo ma monopol na przemoc i wykorzystuje go, jeśli zmienimy zdanie i nie zechcemy funkcjonować według reguł. W stosunkach międzynarodowych takiego szeryfa nie ma. Jest nieustające uzgadnianie, podejście konsensualne. Wszyscy uczestnicy muszą się zgodzić.

Czytaj więcej

Pokojowy Nobel dla obrończyni prawa międzynarodowego. Trump ma powody do niezadowolenia

Z tego wynikają cechy, które irytują opinię publiczną. – Wszystko długo się ustala. Jak poczytamy oficjalne dokumenty organizacji międzynarodowych, są strasznie ogólne. Takie miłe, gładkie, żeby nikt nie miał problemu z ich zaakceptowaniem. Bo każdy musi je zaakceptować – zauważa ekspertka. – A jak się państwu coś nie podoba, może się wycofać.

Prawo międzynarodowe nie jest więc kodeksem egzekwowanym z góry, lecz siecią umów, które państwa zawierają, bo im się to opłaca. – Przez lata państwa obniżały w ten sposób koszty transakcyjne. Prościej raz się umówić i funkcjonować według ustalonego wzorca, niż za każdym razem negocjować wszystko od nowa – tłumaczy. Na tych umowach opierają się handel, lotnictwo, poczta, telekomunikacja, morza i granice. Zawodzi przede wszystkim tam, gdzie stawką jest władza i bezpieczeństwo.

Norymberga jako obietnica

Najambitniejszą próbą wyjścia poza czysty konsensus był Międzynarodowy Trybunał Karny, stała instytucja, która miała sądzić sprawców ludobójstwa, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Jego duchowym źródłem jest Norymberga.

Dobrze pokazuje to biografia Navi Pillay, prawniczki z RPA, byłej przewodniczącej trybunału dla Rwandy i sędzi MTK, uhonorowanej w tym roku Pokojową Nagrodą Nobla „za wysiłki na rzecz pokoju i prawa międzynarodowego”. – Jak przedstawia się to w jej biografii, postanowiła zająć się prawem międzynarodowym, kiedy na studiach przeczytała dokumenty procesów norymberskich. Zrozumiała, że nawet wielcy u władzy mogą być sądzeni, że sprawiedliwość może ich dogonić i nie są zupełnie bezkarni – mówi dr Nakonieczna-Bartosiewicz.

Czytaj więcej

Pokojowa Nagroda Nobla 2026 przyznana. Laureatka zażartowała z Donalda Trumpa

To właśnie ta obietnica jest dziś wystawiona na próbę

Do statutu rzymskiego należy 125 państw, czyli więcej niż połowa świata. Nie ma wśród nich Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji, Indii ani Izraela. Krytycy, zwłaszcza z Globalnego Południa, zarzucają trybunałowi upolitycznienie i selektywność.

– To bardzo częsty argument – przyznaje ekspertka. – Krytycy zwracają uwagę, że trybunał skutecznie odniósł się do pomniejszych postaci i głównie wtedy, gdy państwa same zdecydowały się pozbyć kłopotu: wysłać kogoś przed trybunał i pokazać światu, że odcinają się od zbrodni tego człowieka.

Czy to dowód, że MTK nie ma sensu? Dr Nakonieczna-Bartosiewicz nie daje prostej odpowiedzi. – Nie wiem, czy jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. Bardzo bym chciała, żeby trybunał był jak najbardziej neutralny i skuteczny, żebyśmy mieli to samo poczucie, z którym Pillay wyszła z biblioteki po lekturze stenogramów z Norymbergi: że sprawiedliwość dosięgnie każdego. To jest tylko i aż w naszych rękach.

Prawo potrzebuje pieniędzy

Słabość prawa międzynarodowego ma też wymiar bardzo przyziemny. Waszyngton, który nie jest stroną statutu, objął sankcjami nie tylko sędziów i prokuratorów MTK, ale sam trybunał jako instytucję.

– Wszystko potrzebuje finansów. Co oznaczają takie sankcje konkretnie? Zablokowane konta bankowe, przez które nie mogą przepłynąć pensje. Zablokowane skrzynki mailowe, laptopy bez systemu operacyjnego. Nie można podróżować, zapłacić kartą, nic zrobić – wylicza ekspertka. – Na co dzień nie zastanawiamy się, do kogo należy Visa, American Express, Microsoft, PayPal czy Google. Pytanie brzmi, czy alternatywne systemy, niezwiązane z amerykańskim biznesem, będą wystarczająco sprawne, by zapełnić tę lukę. Instytucja może mieć mandat, statut i poparcie ponad stu państw, a i tak zależeć od infrastruktury kontrolowanej przez jedno mocarstwo.

Czytaj więcej

Izraelskie MSZ: Pokojowego Nobla dla Navanethem „Navi” Pillay oklaskuje z piekła Goebbels

Hegemon zdejmuje kajdany

Dlaczego najsilniejsze państwo świata rozmontowuje system, który samo współtworzyło? – Pierwszym ograniczeniem, jakie nakłada na siebie hegemon, są instytucje międzynarodowe i zasady, na które się zgodził. A w prawie międzynarodowym jest tak, że jeśli mówię „nie”, to nie – wyjaśnia dr Nakonieczna-Bartosiewicz. – Cały wysiłek instytucji polega na tym, żeby to, co już wynegocjowano, się utrzymało i żeby niczego radykalnie nie zmienić, bo to układ naczyń połączonych. Stany Zjednoczone uznały, że ten układ nie jest dla nich korzystny, i zdecydowały się rozmontować te ograniczenia.

Wycofanie się z porozumienia paryskiego czy Światowej Organizacji Zdrowia to, jej zdaniem, elementy tej samej logiki. Nie oznacza to jednak końca reguł. – Zakładam, że Amerykanie będą zainteresowani tworzeniem innych ograniczeń, na innych zasadach. Przykładem jest, przynajmniej na razie nieudany, projekt Rady Pokoju – ocenia.

Chiny piszą po cichu

W lukę wchodzą inni. W 2025 r. w Hongkongu powstała Międzynarodowa Organizacja Mediacji, przedstawiana jako pierwsza na świecie organizacja międzyrządowa zajmująca się wyłącznie mediacją. Konwencję podpisało 47 państw, 18 ją ratyfikowało.

Czytaj więcej

Trump nakłada sankcje na MTK i atakuje laureatkę Nobla: Nienawidzi Ameryki i Izraela

– Mediacja to coś innego niż trybunał karny, bardzo miękka formuła – zastrzega ekspertka. – Ale nic nie jest dane raz na zawsze. Państwa cały czas kontestują normy, tworzą nowe, przekształcają i dostosowują stare. Chiny krok po kroku, cichutko, w grzeczny sposób, bez widocznej brutalnej presji, tworzą alternatywy i wprowadzają je do systemu. Jedne się sprawdzają, inne nie. W ten sposób zyskują wpływ na to, jak sprawy są negocjowane i załatwiane między państwami. Czy Pekin mógłby zbudować własny odpowiednik trybunału karnego? – Jeżeli zbuduje konsensus i zbierze państwa, można stworzyć konwencję. Czemu nie? – odpowiada.

Sens mimo wszystko

Prawo międzynarodowe nie jest więc ani martwe, ani wszechmocne. Jest polem nieustannej walki o to, kto ustala reguły. Nie zatrzyma czołgów, ale wyznacza, co świat nazywa zbrodnią, kto może być ścigany i jaką cenę polityczną płaci ten, kto łamie zasady. Gdyby nie miało znaczenia, mocarstwa nie inwestowałyby tyle wysiłku w jego podważanie lub przepisywanie. – Która z tych organizacji przetrwa próbę czasu, wtedy będziemy wiedzieć, kto rządzi światem – podsumowuje dr Nakonieczna-Bartosiewicz.