Dziekański, który w październiku 2007 r. wylądował w Vancouver, przez wiele godzin krążył po terminalu lotniska. Nie potrafił znaleźć wyjścia i nie umiał się z nikim porozumieć, ponieważ nie znał języka angielskiego. Po pewnym czasie zaczął się nerwowo zachowywać. Policjanci usiłowali go uspokoić, w końcu kilkakrotnie użyli paralizatora popularnie zwanego taserem. W efekcie Polak zmarł.

Królewska Kanadyjska Policja Konna (RCMP) długo dowodziła, że wszystko było w porządku. Śledztwo wciąż trwa, a dwa miesiące temu policjanci, którzy użyli taserów przeciw Dziekańskiemu otrzymali zapewnienie, że nie będą formalnie oskarżeni. Tymczasem w wyniku zastosowaniu paralizatorów przez policjantów zmarło już w Kanadzie kilkanaście osób.

Pod wpływem opinii publicznej zmieniono więc zasady użycia tej broni. Jak napisał „The Globe and Mail”, komisarz RCMP William Elliott oświadczył, że będą mogły być stosowane tylko wobec osób, które „stwarzają wyraźne zagrożenie dla otoczenia albo dla policji”. Policjanci nie będą mogli stosować taserów wobec tych, którzy po prosu „odmawiają współpracy”. Elliott przekonywał, że urządzenia są „bezpieczniejsze niż broń palna” i „w zasadzie” nie powinny powodować śmierci, jedynie „piekielny ból”.Niektórzy politycy wątpią w skuteczność nowych zasad. Liberalny deputowany Mark Holland wskazał, że określenie „stwarzający wyraźne zagrożenie” jest bardzo niejasne. – To mnie niepokoi, zwłaszcza że, jak powiedział sam komisarz, ta broń może powodować śmierć – mówił.

Władze Kolumbii Brytyjskiej, w której położony jest Vancouver, uważają decyzję policji za krok w dobrym kierunku. Rząd prowincji zamierza jednak opracować własne przepisy.