Połączenie Forza Italia Silvio Berlusconiego i Sojuszu Narodowego Gianfranca Finiego w partię Lud Wolności dało centroprawicy zwycięstwo w wyborach dwa i pół roku temu, by w niedzielę zakończyć się definitywną katastrofą. Fini po niewczasie zauważył, że Berlusconi połknął Sojusz i wcale nie zamierza mianować go swoim zastępcą. Wobec tego w lipcu wyprowadził z Ludu Wolności swoich popleczników (dziś 37 deputowanych i dziesięciu senatorów), tworząc ugrupowanie Przyszłość i Wolność. W ten sposób rząd utracił większość w Izbie Deputowanych.
W niedzielę podczas pierwszej konwencji nowego poli- tycznego tworu Fini wygłosił napastliwe przemówienie, godne szefa opozycji. Zażądał od Berlusconiego złożenia rezygnacji, sformowania nowej centroprawicowej koalicji z udziałem opozycyjnej chadeckiej Unii Centrum, stworzenia nowego rządu z nowym programem. W przeciwnym razie rząd opuszczą wchodzący w jego skład dysydenci: minister, wiceminister i dwóch podsekretarzy stanu. Berlusconi już ogłosił, że tego nie zrobi, bo na zmianę programu i koalicji nie ma mandatu wyborców. Zamknął się ze szta- bem najbliższych współpracowników w swojej rezydencji w Arcore i radzi, co dalej.
Ale dobrego wyjścia z sytuacji nie ma. Fini, jak obrazowo opisał sytuację „Il Giornale”, przypieka premiera na wolnym ogniu. Jeśli Berlusconi sam nie złoży rezygnacji, może go do tego zmusić, doprowadzając do kryzysu parlamentarnego choćby przy głosowaniu nad budżetem. Wydawałoby się, że najprostszym wyjściem byłyby nowe wybory. Ale nie we Włoszech. Prezydent Giorgio Napolitano (człowiek lewicy), Fini i niemal cała opozycja tłumaczą, że Włochom potrzeba reform, a nie kampanii wyborczej. Poza tym chcą zmiany ordynacji. Obawy przed wyborami wynikają i z tego, że Berlusconi, jak głoszą sondaże, mimo nowych skandali obyczajowych mógłby je znów wygrać, zwłaszcza że faworyzuje go obecna, proporcjonalna ordynacja ze specjalną premią dla wygranej partii, czyli praktycznie Ludu Wolności. Co więcej, największa opozycyjna Partia Demokratyczna jest w rozsypce, więc wybory nie są jej teraz na rękę. Fini ma 47 parlamentarzystów, ale dopiero zaczął tworzyć partię. A bez partyjnej machiny trudno marzyć o sukcesie wyborczym.
Jedyny więc realnie rysujący się scenariusz wydarzeń to nieuchronna rezygnacja Berlusconiego, który praktycznie już utracił kontrolę nad parlamentem, i utworzenie rządu „technicznego”. Możliwe jest też powstanie nowej większości z udziałem obecnej opo- zycji. W tej alternatywie nie ma miejsca dla premiera. Prowizorka skazana na decyzyjną niemoc może trwać do końca kadencji tego parlamentu, a więc do 2013 r., gdy Berlusconi będzie miał niemal 77 lat. Pachnie to za- machem pałacowym, czyli pozbyciem się premiera bez konsultacji z wyborcami. Co więcej, 14 grudnia decyzją Trybunału Konstytucyjnego ruszą zawieszone procesy Berlusconiego.
Wszystko wskazuje więc na to, że czas Berlusconiego, który przez 17 lat dominował na włoskiej scenie politycznej, dobiega końca. Na razie dla Włoch oznacza to dalszy paraliż, a na dłuższą metę, po zmianie ordynacji wyborczej, powrót o niechlubnych czasów, gdy rządy zmieniały się co rok. Trudno też wyobrazić sobie, by zmianie uległa i tak słaba pozycja Włoch w Unii, choć przestanie obciążać ją negatywny za granicą wizerunek Berlusconiego.