Do zdarzenia doszło w nocy w berlińskiej dzielnicy Reinickendorf.

Mężczyźni ubrani w uniformy firmy Krzysztofa Rutkowskiego próbowali wciągnąć kobietę do firmowego samochodu. Udało się jej oswobodzić i schronić w domu, skąd jej mąż zawiadomił policję. Ta zatrzymała sprawców, ale po przesłuchaniu zostali zwolnieni.

Media spekulują, że porwanie zlecili rodzice dziewczyny. Mieli być przeciwni związkowi kobiety, który po kilku tygodniach znajomości przerodził się w małżeństwo.

Rutkowski w rozmowie z tvn24.pl zapewnia, że jego ludzie nie zostali zatrzymani. - Nie byli zatrzymani ani przesłuchani, nikt im nie założył kajdanek - przekonuje. Jego zdaniem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej: pracownicy jego firmy zajmowali się gangiem złodziei samochodowych złożonym z Romów. Monika G. miała związać się z synem bossa tego gangu. Rodzice dziewczyny mieli obawiać się, że trafi do więzienia i oskarżać ją o kradzież pieniędzy.

- Nikt nie chciał jej uprowadzić, nie moglibyśmy tego zrobić. To osoba dorosła - zapewnia Rutkowski. Jego ludzie mieli przekazać informacje na jej temat niemieckiej policji, która wcześniej pomogła im w konfrontacji z grupą Romów.

Nie potwierdził tego w rozmowie z portalem gazeta.pl Ivo Habedank z biura prasowego berlińskiej policji. - Policjanci zatrzymali napastników, potwierdzili ich personalia. Zrobiono im zdjęcia, pobrano odciski palców i wypuszczono. Rozważamy teraz, czy postawić im zarzut próby pozbawienia wolności - stwierdził.