Rzeczpospolita: Według wstępnych wyników, rządzący od ponad ćwierćwiecza Nursułtan Nazarbajew zdobył w niedzielnych wyborach prezydenckich 97,7 proc. głosów. Czy Kazachowie rzeczywiście aż tak kochają swojego prezydenta?
Jewgienij Żowtis: Sytuacja podobna do tej, która była w Związku Radzieckim. Wtedy na komunistycznych przywódców głosowało 100 procent obywateli. Techniki polityczne z tamtych czasów są stosowane dzisiaj w Kazachstanie. Przymusowo zwożą do lokali wyborczych studentów, pracowników zakładów i przedsiębiorstw państwowych, a także wszystkich pracowników aparatu władzy państwowej. Wożą ich autobusami i często ludzie ci uczestniczą w tak zwanej „karuzeli wyborczej", głosując po kilka razy w różnych okręgach wyborczych. Dzięki temu zwiększa się frekwencja wyborcza. odnośnie której mam duże wątpliwości. Na pewno frekwencja ta nie wyniosła 95 proc., jak mówi komisja wyborcza. Zakładam, że do urn poszło ponad 50 proc. Kazachów.
To na kogo głosowali ci, którzy jednak poszli do lokali wyborczych z własnej woli? Czy takich nie było?
Oczywiście, że byli. Poza dużymi miastami, Kazachowie idą na wybory jak na święto. Głosują na Nazarbajewa, ponieważ nie mają innej alternatywy politycznej. Większość tych ludzi uważa, że nie warto nic zmieniać, bo będzie jeszcze gorzej. Jest to wynik działań propagandy, która straszy, pokazując m.in. wojnę na Ukrainie i twierdzi, że głosując za Nazarbajewa wybieramy stabilność i spokój. Warto pamiętać, że Nazarbajew nie ma żadnej konkurencji politycznej. Opozycja w Kazachstanie jest błyskawicznie tłumiona i nie ma najmniejszych szans, by zgromadzić kapitał polityczny. Gdy człowiek idzie do lokalu wyborczego, na kartce do głosowania ma jedynie Nazarbajewa i dwóch jego pseudokonkurentów, którzy go popierali w trakcie kampanii wyborczej. W Kazachstanie nie można głosować "przeciwko wszystkim", dlatego wybór jest w zasadzie bez wyboru.
Czyli wybory prezydenckie w Kazachstanie są tylko formalnością?