W niedzielę władze Białorusi poderwały myśliwiec i zmusiły samolot Ryanair do zmiany kursu i lądowania w Mińsku, rzekomo w związku z doniesieniami o bombie na pokładzie.

Po wylądowaniu samolotu w Mińsku okazało się, że alarm bombowy był fałszywy. Władze Białorusi zatrzymały jednak jednego z pasażerów samolotu - opozycyjnego dziennikarza Ramana Pratasiewicza oraz towarzyszącą mu 23-letnią obywatelkę Rosji.

W odpowiedzi na działania określane jako "rządowy terroryzm" lub "piractwo państwowe" podjęte przez Białoruś wobec cywilnego samolotu, UE podjęła decyzję o zakazie przelotów przez przestrzeń powietrzną Unii Europejskiej dla białoruskich linii lotniczych i uniemożliwieniu im dostępu do portów lotniczych na terenie UE.

W raporcie Ryanair Sun, spółki z Polski, która jest operatorem samolotu zmuszonego do lądowania w Mińsku czytamy, iż załoga samolotu lecącego z Aten do Wilna miała otrzymać "wiarygodne powiadomienie o zagrożeniu bombowym na pokładzie samolotu w przypadku wejścia w litewską przestrzeń powietrzną lub próby lądowania na lotnisku w Wilnie".

W efekcie - zgodnie z instrukcją kontrolera lotów - załoga skierowała się na lotnisko w Mińsku. 

W raporcie nie pojawia się wzmianka o poderwanym - jak relacjonowano w niedzielę - przez białoruskie władze myśliwcu MiG-29, ani o tym, że pilotom miano grozić zestrzeleniem maszyny, jeśli nie zastosują się do poleceń.

Po wylądowaniu - jak głosi raport - "samolot został przeszukany przez lokalne władze". Na jego pokładzie nie znaleziono ładunku wybuchowego i po ok. sześciu godzinach załoga mogła kontynuować lot do Wilna "chociaż 5 pasażerów opuściło samolot w MSQ (oznaczenie lotniska w Mińsku - red.)".

Ryanair ma obecnie prowadzić dochodzenie w sprawie incydentu, w ramach którego relacje składają członkowie załogi - podaje tvn24.pl.