Od tego momentu - jak pisze AP - mężczyzna bez powodzenia stara się przekonać władze, że wydanie aktu zgonu w jego sprawie było przedwczesne. W czwartek sąd w mieście Vaslui odmówił jednak anulowania aktu zgonu ponieważ - jak poinformował sędzia - wniosek o cofnięcie aktu zgonu został złożony zbyt późno.
- Jestem żywym duchem - skarży się Reliu w rozmowie z AP.
- Oficjalnie jestem martwy, chociaż żyję. Nie mam dochodu, a ponieważ wystawiono mi akt zgonu, nie mogę podjąć żadnej pracy - dodaje.
Żona mężczyzny mieszka obecnie we Włoszech. - Nie jestem pewien czy się ze mną rozwiodła, czy nie. Nie wiem czy wyszła za kogoś za mąż, czy nie. Nikt mi nic nie mówi - przekonuje Reliu.
Mężczyzna wspomina, że wyjechał do pracy w Turcji w 1992 roku. Kiedy w 1995 roku wrócił do Rumunii odkrył, że żona go zdradziła. W 1999 roku wyjechał do Turcji na stałe.
W styczniu 2018 roku mężczyzna został deportowany do Rumunii, ponieważ nie miał dokumentów uprawniających go do pobytu w Turcji. Na lotnisku w Bukareszcie strażnicy graniczni poinformowali go, że w kraju oficjalnie uznano go za zmarłego.
Teraz mężczyzna znalazł się w prawnej próżni. Władze jego rodzinnego miasta nie chcą mu wydać dokumentów nie przyjmując do wiadomości, że jest Constantinem Reilu - ponieważ zgodnie z dokumentami Reilu nie żyje.
Mężczyzna nie może wrócić do Turcji - bo nałożono na niego dożywotni zakaz wjazdu do tego kraju. Nie ma też pieniędzy na kolejne pozwy.
Reilu poinformował AP, że skierował pismo do prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, w którym prosi, aby turecki prezydent zmienił decyzję o jego deportacji.