– Przywitaliśmy naszych gości, chcemy, by było to dla nich otwarte i bezpieczne miejsce – mówiła na wtorkowej konferencji prasowej na lotnisku wojskowym w Krasnołęce pod Malborkiem minister spraw wewnętrznych Teresa Piotrowska. Wtórował jej szef dyplomacji Grzegorz Schetyna. – Daliśmy gwarancję bezpieczeństwa uchodźcom – przekonywał.
Wojskowe samoloty przywiozły tego dnia do kraju 178 Polaków ze wschodniej Ukrainy, z terenów opanowanych przez prorosyjskich separatystów. Jak podaje MSZ, w ostatnich dniach przebywali na terenie konsulatu w Charkowie. Teraz trafią do rządowego ośrodka w Łańsku i do ośrodka Caritas, gdzie przez pół roku będzie wdrażany program adaptacyjny – głównie nauka języka. Budżet wyda na to 4 mln zł. Później uchodźcy mają się usamodzielniać. Rząd liczy, o czym mówili we wtorek ministrowie, że w ten proces zaangażują się samorządy.
– Udało się nam dobrze przygotować i przeprowadzić ewakuację – przekonywał Schetyna. Innego zdania jest Michał Dworczyk, prezes Fundacji Wolność i Demokracja zajmującej się pomocą Polakom na Wschodzie. Uważa, że sprawa ewakuacji pokazuje niską wydolność państwa.
– Pierwszy raz już w sierpniu 2014 r. Polacy zabiegali o pomoc w przyjeździe do kraju – mówi. Po spotkaniu z przedstawicielami organizacji polonijnych na początku grudnia premier Ewa Kopacz zadeklarowała, że do końca roku wszyscy zostaną ewakuowani. Gdy się okazało, że termin jest nierealny (do wyjazdu zgłosiło się więcej osób, niż początkowo szacował rząd), resorty spraw wewnętrznych i zagranicznych przerzucały się za to odpowiedzialnością.
Ostatecznie transport przesunął się o dwa tygodnie. – To kompromitacja naszego państwa. Dlaczego 37-milionowy kraj nie jest w stanie sprawnie zadbać o garstkę swoich rodaków? – pyta Dworczyk. – Dobrze, że nie spotkało nas nic poważniejszego.