O zmarłym rocznym dziecku migrantów ratownicy dowiedzieli się podczas interwencji w nocy ze środy na czwartek.

- Udzieliliśmy pomocy medycznej po polskiej stronie poza strefą stanu wyjątkowego trzem osobom, mężczyźnie i małżeństwu. Cała interwencja miała miejsce w nocy, w środku lasu. Z relacji kobiety wynikało, że straciła roczne dziecko miesiąc temu podczas tułaczki w lesie po białoruskiej stronie granicy - poinformowała Aleksandra Rutkowska.

Wcześniej ratownicy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej poinformowali o śmierci rocznego dziecka migrantów, nie podając, kiedy i gdzie zmarło.

Rzecznik PCPM napisała także, że migrantka podała ratownikom przyczynę śmierci dziecka. - „Według niej była to śmierć z wyziębienia". Ratownicy od czasu tej interwencji nie rozmawiali więcej z tymi osobami. - Nie mamy z nimi kontaktu  - przekazała Aleksandra Rutkowska. Jednak dotychczas na policję ani prokuraturę nie wpłynęło żadne zawiadomienie w tej sprawie.

Jak już pisała „Rzeczpospolita" PCPM nie zgłosiła sprawy służbom, by wyjaśniły informację o śmierci dziecka - nie mają takiego obowiązku.

Czytaj więcej

Nie ma dowodów na śmierć dziecka uchodźców w polskim lesie

Straż Graniczna i policja nie potwierdzają informacji o śmierci dziecka, bo nie miały o tym żadnych informacji. Mjr Katarzyna Zdanowicz, rzeczniczka podlaskiego oddziału SG zaznaczyła, że próbowała zweryfikować informacje PCPM. - Niestety, nie udało mi się to. Takich osób nigdzie nie odnotowaliśmy -  mówi.

Z kolei Tomasz Krupa, rzecznik Policji Podlaskiej mówi wprost: - Nie potwierdzamy informacji o śmierci dziecka, nie mamy wiedzy o takim zdarzeniu, takiej informacji nie potwierdziła Straż Graniczna ani prokuratura.

Aleksandra Rutkowska tłumaczyła już kilka dni temu, że z relacji Syryjki wynikało, że do zgonu jej dziecka miało dojść „po białoruskiej stronie granicy".

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ