Moje dziecko będzie mistrzem

Nieważne, czy chcesz, by twoje dziecko zostało gwiazdą kina czy sportu. Sposoby na to, by wychować zwycięzcę, są takie same. Opowiadają o nich: Teresa Rosati, Anna Janowicz i Zbigniew Kusznierewicz, rodzice polskich gwiazd.

Publikacja: 20.12.2014 10:00

Weronika Rosati z mamą.

Weronika Rosati z mamą.

Foto: Forum/Krzysztof Jarczewski

Tekst pochodzi z Magazynu Sukces

Kiedy dorosnę, zostanę aktorką. Taką międzynarodową – oznajmiła pięcioletnia Weronika Rosati. Większość rodziców na taką deklarację uśmiecha się pod nosem. Ale Teresa Rosati, projektantka mody i mama Weroniki, nigdy nie lekceważyła pomysłów dzieci. – Znajomi dziwili się, że tak serio je traktuję. Trzy lata później córka, zamiast bawić się z rówieśnikami, oglądała filmy w oryginale i tłumaczyła dialogi – wspomina Teresa Rosati. – Podążyłam za jej pasją.

Dr Marcie Schorr Hirsch z Harvardu, trenerka i coach, przekonuje: – Nie zdarzyło mi się, by ktokolwiek przyszedł do mnie z zamiarem innym niż osiągnięcie sukcesu. Definicje mogą być różne, ale chodzi o to samo: bycie lepszym niż inni. Najbardziej pragniemy tego dla naszych dzieci.

Pasja na całe życie rozwija się jak ognisko. Jeśli zbyt ochoczo podsycimy pierwsze iskierki, można je zagasić. Na początku mniej znaczy więcej.

Biblią tych, którzy chcą wychować mistrza, jest książka „Recepta na sukces". Jej autor Wayne Bryan to postać wiarygodna w temacie. Jest coachem sportowców i ojcem braci Bryan, najlepszego deblowego duetu w historii tenisa. Jego zasady to: znajdź w dziecku talent, postaw na zabawę, a później ucz samodzielności oraz wiary we własne siły. Do tego haruj i płać – ale to już na marginesie.

Tygrysica wbija gwoździe

– Pierwszą rakietę syn dostał, gdy jeszcze nie umiał dobrze chodzić. Ale była to zabawa, tak jak budowanie babek z piasku. Mąż grał w tenisa, więc syn także chciał mieć swoją rakietę – wspomina Anna Janowicz, mama Jerzego Janowicza. – Wtedy nie zakładaliśmy, że zostanie zawodowym tenisistą, ale wiedziałam, że na pewno będzie robił coś związanego ze sportem. Jurek był bardzo sprawny i miał świetną koordynację ruchową. Nie przewidzieliśmy tylko, że tak urośnie.

Bryan Wayne przekonuje, że najważniejsze to odkryć pasję. Ale to nie dziecko ma podążać za wyznaczoną karierą. To kariera musi być uszyta na jego miarę. Inaczej prędzej czy później wypali się jego zapał albo po prostu będzie nieszczęśliwe. Albo mierząc się z coraz poważniejszymi wyzwaniami, nie udźwignie ciężaru. Sukcesu albo przegranej. Tak jak w przypadku Amy Chua, która swoją rodzicielską porażkę opisała w książce „Bojowa pieśń tygrysicy". Jej córka programowana na wielką pianistkę jako nastolatka rzuciła muzykę. – Dlatego w naszym przypadku był to projekt dziecka, a nie „projekt dziecko" – podkreśla Teresa Rosati.

Niewiele dzieci ma jednak tak kategorycznie sformułowane plany. Robert Kubica, zanim zafascynował się rajdami, marzył o zostaniu piłkarzem. Otylię Jędrzejczak bardziej ciągnęło do tańca. Przyszły mistrz świata w żeglarstwie chodził wcześniej na plastykę, skoki do wody i ratownictwo wodne. – Chcieliśmy, żeby miał hobby, bo wtedy człowiek ciekawie spędza czas. Nie chciałem, by wyrósł na faceta zakotwiczonego przed telewizorem – mówi Zbigniew Kusznierewicz, ojciec Mateusza. – Poza tym nawet najlepszymi metodami nie z każdego zrobisz mistrza. Jeśli posadzić 20 dzieci i kazać im wbijać gwoździe w deskę, dwoje zrobi to świetnie, reszta średnio, a kilkoro zmiażdży sobie palce.

Najważniejsza jest zabawa

Największy błąd na starcie to nadmierna presja: najlepsi trenerzy, częste treningi, ciśnienie na wynik. W klubach tenisowych i piłkarskich takich rodziców przezywa się KOR (Komitet Oszalałych Rodziców). Tymczasem w początkowej fazie lepiej nie przesadzać. Po pierwsze: badania dowodzą, że ludzie najefektywniej uczą się poprzez zabawę. A po drugie: pasja na całe życie rozwija się jak ognisko. – Jeśli zbyt ochoczo podsycimy pierwsze iskierki, można je zagasić. Na początku mniej znaczy więcej – podkreśla Bryan Wayne.

Ojciec Otylii Jędrzejczak początkowo po prostu pilnował, żeby córka realizowała zalecenia ortopedy. A ten zaproponował wysokiej dziewczynce pływanie. Dopiero dwa lata później wystartowała w zawodach. Zbigniew Kusznierewicz, który sam jest trenerem żeglarstwa (był też pierwszym trenerem swojego syna), narzeka: – Dzisiaj rodzice chcą od razu zrobić z dziecka mistrza świata. My nie wywieraliśmy presji, że syn musi być najlepszy. Zwracałem jedynie uwagę na błędy, których już nie powinien popełniać. Przez długi czas żeglarstwo to była zabawa.

Anna Janowicz mówi, że Jurek mimo ciężkiej pracy jednak miał inne dzieciństwo. – Chadzał do kina, biegał z kolegami na podwórku. Natomiast ograniczaliśmy mu już kółka zainteresowań. W podstawówce chodził już codziennie na treningi. Raz był to trening tenisowy, raz basen, innym razem gimnastyka. Wszystko szło w kierunku sportu.

Teresa Rosati dużą część życia spędziła jako pani domu. W przeciwieństwie do Anny Janowicz woziła dzieci na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko przyszły im do głowy. Syna – na piłkę, tenisa i angielski. A córkę na balet i... zajęcia cyrkowe. – Weronika wymyśliła to chyba pod wpływem filmu „Trapez". Nauczyła się wtedy żonglować i chodzić na szczudłach – wspomina jej matka. Pasją Weronika nasiąkała także w domu. – Dużo rozmawiałyśmy o filmach. Dla mnie stare polskie kino było inspiracją, bo od dziecka lubiłam projektować. Do dzisiaj pamiętam sukienki Teresy Tuszyńskiej z filmu Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra".

Anna Janowicz mówi, że syn jako młody zawodnik cierpiał nie z powodu presji, że musi osiągnąć jakiś wynik, ale z powodu przegranej. – Jurek nienawidzi przegrywać. Ale ja zawsze mu powtarzałam: „Ty nic nie musisz, ty możesz".

Później zaczyna się harówka

Mamy już dziecko z pasją, delikatnie popychamy je ku sukcesom. Prawda jest jednak taka, że aby zostać mistrzem, trzeba ciężko pracować. – Prawdziwa praca zaczęła się po szkole podstawowej – wspomina Anna Janowicz. – Jurek rano jechał na dwie lekcje do szkoły, później dwie godziny treningu, następnie znowu do szkoły, obiad w domu, krótki odpoczynek i znowu trening. To był trudny okres dla wszystkich. Dla niego, dla nas, dla nauczycieli.

Kiedy Jurek skończył 14 lat, często tłumaczyła mu, jaka trudna droga przed nim. – Nigdy nie usłyszałam „Mamo, mam dosyć, nie chcę tego więcej robić" – wspomina. Choć zastrzega, że była przygotowana i na taki scenariusz.

Otylia Jędrzejczak zapytana o składniki sukcesu wymienia po kolei: wysiłek, dyscyplina, wytrwałość. Dopiero później miłość do wykonywanej pracy. Kiedy zrobiła przerwę w karierze, przez dziesięć miesięcy cierpiała na wodowstręt. 20 lat trenowała po osiem godzin. Rano i po południu. Dzień w dzień.

W 2013 r. na zlecenie Procter & Gamble przeprowadzono badanie „Mama mistrza". Przepytano matki olimpijczyków i porównano z grupą matek, których dzieci nie uprawiają wyczynowo sportu, aby uzyskać portret idealnej matki człowieka sukcesu. Rodzice olimpijczyków są przede wszystkim odpowiedzialni, obowiązkowi i pracowici. Zdaniem samych matek sportowców najważniejsze są konsekwencja, dobre zorganizowanie oraz obowiązkowość. – U mnie na pierwszym miejscu było ciepło. W dalszej kolejności – konsekwencja. Surowość? W minimalnym stopniu – mówi matka tenisisty. Jerzy nigdy nie był zmuszany do chodzenia na trening. Kiedy mówił, że jest zmęczony, nie szedł.

Przykłady polskich mistrzów pokazują, że niezbędna w osiągnięciu celu jest także umiejętność planowania dnia, organizacji czasu. Z badań psychologicznych wynika, że uczymy się tego poprzez obserwację rodziców. Weronika Rosati nauczyła się przygotowywać do roli, kiedy miała osiem lat. Uczyła mamę francuskiego. – Była surowa i zawsze przygotowywała sobie plan lekcji: dyktando, czytanie, pisanie, konwersacja. Zabawa, a jednak do dziś w podobnie staranny sposób przygotowuje się do ról filmowych – mówi Teresa Rosati.

Prawda jest taka: dziecko najlepiej będzie pracować, jeżeli i rodzice są pracowici. Zbigniew Kusznierewicz przytakuje: – Mateusz wyniósł nawyki z domu. Ja też cenię punktualność, dobre przygotowanie, nie lubię dekoncentracji.

Podobnie jest z umiejętnością organizacji czasu. W 1998 r. Teresa Rosati miała swój debiutancki pokaz, a Weronika chodziła już na profesjonalne zajęcia do państwa Machulskich na warszawskiej Ochocie i do Teatru Buffo. – Musiałam stworzyć kolekcję, zadbać o salę, wybieg, modelki, makijażystów – wylicza. – Zaczynałam pracę przed szóstą rano. Żeby zdążyć, robiłyśmy z innymi mamami dyżury: kto odbiera i kto zawozi.

Kolejny etap: nauka samodzielności

– Na wyjeździe na regaty kazałem młodemu zawodnikowi posprzątać pokój. Odparł, że nie umie, bo zawsze niania to robi – opowiada Zbigniew Kusznierewicz. – Często zdejmuje się z dzieci obowiązki, a  przecież nie zawsze będzie z nimi niania.

Kusznierewicz senior podkreśla, że umiejętność radzenia sobie w życiu wzmacnia wiarę we własne możliwości. Jego syn do przedszkola poszedł, mając dwa lata. W szkole sam musiał tak planować, żeby połączyć lekcje, zajęcia ogólnorozwojowe, basen, koszykówkę i prywatny angielski. – My tylko kontrolowaliśmy, czy czegoś nie zawala – wspomina ojciec. – Kiedy miał 15 lat, pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Szwecji. Mateusz mówi, że zabrakło czegoś na łódce. Odparłem: „Chcesz, to idziesz i kupujesz. Znasz angielski". No to poszedł i kupił.

Jako trener też nie wyręcza zawodników. Sami zapisują się na zawody, pilnują formalności. Przecież to ma być szkoła życia. Ingeruje w sytuacjach kryzysowych. Dzięki temu później nie ma sprawy, której by nie załatwili.

Teresa Rosati również postawiła na dawanie wolności. – W rozsądnej dawce – podkreśla od razu. To dlatego jej syn z okresu imprezowania pamięta głównie poszukiwania budki telefonicznej. Bo zawsze dzwonił, że wróci później, niż się umawiali. W przypadku córki „wolność kontrolowana" przejawiała się inaczej: – Weronika szkołę traktowała wybiórczo. Jak ją coś interesowało, to uczyła się świetnie, ale jak nie – ignorowała przedmiot. Moje dzieci nie musiały być świetne ze wszystkiego. Najważniejsze, że potrafiły się skupić na priorytetach.

Ale samodzielność nie oznacza wrzucania na głęboką wodę bez kamizelki ratunkowej. Kiedy Zbigniew Kusznierewicz dowiedział się, że jego 17-letni syn jedzie z kolegą do Nowej Zelandii na mistrzostwa świata, że będzie pływał po Pacyfiku, postanowił go przygotować. – Tam są fale, z jakimi on wcześniej nie miał do czynienia – tłumaczy. Zrobił więc zadania z fizyki z ruchu falowego. Wszystko po to, by sobie wyobraził, jak zachowuje się tam woda, jak zjechać łódką z wysokiej fali. Opłaciło się: Mateusz zdobył wicemistrzostwo.

Czasami wystarczy po prostu być i słuchać. Pierwszą większą rolę, Niki w serialu „Klasa na obcasach", Weronika zagrała w wieku 16 lat. Serial był sukcesem. Ale powrót do szkoły, kiedy stajesz się gwiazdą, to nie tylko zachwyty. To także zazdrość rówieśników. – Wiele rozmów trzeba było wtedy przeprowadzić, by pokazać córce, że świat jednak jest życzliwy – wspomina matka aktorki.

Zaplanowana hodowla

Dopiero od dwóch lat Jerzy Janowicz nie musi się martwić o finanse. Ma też sponsora sprzętu. Na tym poziomie w ciągu roku zużywa kilkadziesiąt rakiet i butów. Rodzice zainwestowali w syna dorobek całego życia. – Spotkaliśmy bardzo dużo osób, które nas wspierały. Przed turniejem w Paryżu byliśmy już całkiem bez pieniędzy. Wtedy Jerzy dotarł do finału i sam zarobił na dalszą karierę. Widocznie ktoś tam w górze nad tym wszystkim czuwa – wspominają.

Jednak na pytanie, czy warto było się aż tak poświęcać, Anna Janowicz się denerwuje: – Nic nie poświęciłam. W ogóle nie lubię słowa „poświęcenie". Po prostu tak zaplanowaliśmy nasze życie.

Podobnie Zbigniew Kusznierewicz pytany, ile wydał na karierę syna, wyraźnie wpada w zakłopotanie. – Wakacje spędzaliśmy w klubie żeglarskim w Giżycku, ale to była przyjemność, nie inwestycja. Tak samo wyjazdy na regaty. Jak się jedzie całą rodziną, jest to po prostu fajnie spędzony czas. Owszem, mogę policzyć koszty łódki. Pierwszy optimist, z drugiego obiegu, dziś kosztowałby ze 4 tys. zł. Używana lepsza łódka, dla grupy A, do mistrzostw Polski – z 8 tys. Dla starszych zawodników łódź typu Laser to pewnie 20 tys., nowa – około 30 tys. My kupiliśmy dwie łódki klasy OK Dinghy. Na mistrzostwa świata w Nowej Zelandii zasponsorowałem bilet lotniczy i czarter łodzi. No, ale to była naprawdę wyjątkowa sytuacja.

Teresa Rosati przekonuje, że nie zainwestowali więcej w edukację córki niż rodzice, którzy wysyłają dziecko na prywatną polską uczelnię. – Dzieci chodziły głównie do państwowych szkół. W wieku 22 lat Weronika pojechała do Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku, ale na szkołę zarobiła grą w serialach. Nawet nie wiem, ile to kosztowało – mówi. Nigdy też nie zasponsorowała jej wyjazdu na casting. Nagrywa je w Warszawie i wysyła nagrania. W taki sposób dostała np. rolę w serialu „Luck".

Rodzice gwiazd podkreślają, że ich główną inwestycją był czas. Potwierdzają to badania: dzieci, którym rodzice towarzyszą podczas zawodów i w codziennych treningach, osiągają lepsze wyniki, łatwiej przezwyciężają trudności i radzą sobie z porażką. Dlatego Anna Janowicz podkreśla: – Pieniądze nie są najważniejsze. Liczy się czas, który trzeba znaleźć, by wszystko zorganizować. Wyjazdy, hotele, trenerzy... Ale przecież taka jest rola rodziców.

Na profilu facebookowym Otylii Jędrzejczak można znaleźć jej zdjęcie z ojcem. Podpis: „Najważniejszy mężczyzna – tata. Motywuje, czasem wkurza, ale zawsze przytuli, gdy tego potrzebuję". Bo obecność rodzica, nawet wirtualna, daje siłę. Robert Lewandowski do dzisiaj wszystkie bramki dedykuje zmarłemu ojcu. To on woził go na pierwsze zajęcia w Warszawie i dopingował na juniorskich meczach.

Wayne Bryan mówi, że przekazanie dziecku umiejętności mistrzowskich: pasji, umiejętności pracy i samodzielności, a przede wszystkim ogromnej ilości swojego czasu, to jak podarowanie czarodziejskiej walizki z narzędziami. Te narzędzia zadziałają nawet wtedy, gdy wybrana kariera legnie w gruzach. Dziecko i tak osiągnie sukces, tyle że w innej dziedzinie. Dowodem może być historia Stanisława Drzewieckiego. Cudowny chłopiec, który w 2000 r. wygrał Grand Prix X Konkursu Eurowizji dla Młodych Muzyków, a w wieku 13 lat miał za sobą występy na całym świecie, po latach nie jest już nazywany geniuszem fortepianu. Równolegle do kariery pianisty rozwinął inną: tworzy symulatory lotów.

Tekst pochodzi z Magazynu Sukces

Kiedy dorosnę, zostanę aktorką. Taką międzynarodową – oznajmiła pięcioletnia Weronika Rosati. Większość rodziców na taką deklarację uśmiecha się pod nosem. Ale Teresa Rosati, projektantka mody i mama Weroniki, nigdy nie lekceważyła pomysłów dzieci. – Znajomi dziwili się, że tak serio je traktuję. Trzy lata później córka, zamiast bawić się z rówieśnikami, oglądała filmy w oryginale i tłumaczyła dialogi – wspomina Teresa Rosati. – Podążyłam za jej pasją.

Pozostało 96% artykułu
Społeczeństwo
Ponad połowa Polaków nie chce zakazu sprzedaży alkoholu na stacjach
Społeczeństwo
Poznań: W bibliotece odkryto 27 woluminów z prywatnych zbiorów braci Grimm
Społeczeństwo
Budowa S1 opóźniona o niemal rok. Powodem ślady osadnictwa sprzed 10 tys. lat
Społeczeństwo
Warszawa: Aktywiści grupy Ostatnie Pokolenie przykleili się do asfaltu w centrum
Społeczeństwo
Afera Collegium Humanum. Wątpliwy doktorat Pawła Cz.