Po wyborach samorządowych kolejny raz okazało się, że wielu wójtów, starostów czy marszałków woli pracować, niż wypoczywać. I to nie dlatego, że mają za dużo pracy. Za niewykorzystany urlop dostają wysoki ekwiwalent.
Jak działa mechanizm
Piotr Żołądek, członek zarządu województwa świętokrzyskiego, za 93 dni zaległego urlopu zainkasował 48 tys. zł, inny – Kazimierz Kotowski – otrzymał za 61 dni 31,5 tys. zł. Marszałek województwa Adam Jarubas dostał 30,8 tys. zł za niewykorzystane 52 dni w latach 2010–2014.
W starostwie wielickim członkom zarządu powiatu poprzedniej kadencji wypłacono w sumie 170 tys. zł za zaległe urlopy. Aż 50 tys. zł dostał były wicestarosta Jacek Juszczyński, wybrany ostatnio na starostę wielickiego. Choć media lokalne od lat donoszą o wysokich ekwiwalentach, to przepisy prawa nie pomagają chronić gminnych budżetów.
– Długo się zastanawiałem, skąd się biorą aż tak wysokie wypłaty – mówi Stefan Płażek z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Przecież to prawie niemożliwe, aby pracownik przez całe cztery lata nie korzystał z wypoczynku. Okazało się, że samorządowcy skrupulatnie rejestrują swój czas pracy, a następnie odbierają dni wolne za nadgodziny.
Zgodnie z ustawą o pracownikach samorządowych zatrudnionym w urzędach gmin, starostwach powiatowych czy urzędach marszałkowskich (także na podstawie wyboru) za przepracowane nadgodziny nie przysługuje dodatkowe wynagrodzenie, tylko właśnie wolne.