Zamiast więc - tak jak obiecywała ekipa Tuska - zmniejszania się nakładów na administrację, wzrastały one w tempie, w jakim nie rosły nawet wydatki inwestycyjne.
Firma doradcza Deloitte wyliczyła, że koszty bieżącego funkcjonowania instytucji centralnych stanowią 20 proc. budżetu państwa. Przestrzegała, że jeśli politycy dalej pójdą tą drogą, to za parę lat zabraknie pieniędzy na inne cele. Rząd zaś, szukając oszczędności, zapowiada cięcie wydatków inwestycyjnych. Jeszcze bardziej podcina w ten sposób gałąź, na której
wszyscy siedzimy.
Urealnianiem stanu zatrudnienia zajęły się za to samorządy. Nieważne, czy zmusiły je do tego ograniczenia, jakie minister finansów chce nałożyć na ich budżety, zabraniając nadmiernego zadłużania się, czy też raczej przyczyną była większa dbałość o nie największe przecież pieniądze, jakie mają do dyspozycji. Ważne, że robią to, o czym rząd tylko mówi.
Z ich deklaracji wynika, że nie jest to tylko proste cięcie etatów, ale analiza, w której efekcie mają się polepszyć jakość pracy i efektywność urzędników. W ten sposób będą mogły być może nawet wygospodarować dodatkowe pieniądze na podwyżki dla tych, którzy rzeczywiście na to zasługują.
Nowy rząd, który w przyszłym roku będzie musiał znaleźć znacznie wyższe oszczędności niż te, o których mówił minister finansów - inaczej nie obniżymy deficytu poniżej 3 proc. PKB - będzie miał na kim się wzorować, przystępując do przeglądu kadr.