To już jest prawdziwa kampania dyplomatyczna. Trzy tygodnie po Andrzeju Dudzie do Turcji poleciał w ostatni weekend szef MSZ Zbigniew Rau. Polska od lat stawiała na amerykańskie uzbrojenie. Teraz jednak, bez przetargu i jako pierwszy kraj tak w NATO, jak i UE, kupiła 24 drony wytwarzane przez zakłady zięcia prezydenta Recepa Erdogana Selcuka Bayraktara. Mowa o kluczowej na dzisiejszym polu walki broni.

Od upadku komunizmu polska polityka zagraniczna poruszała się na osi Waszyngton–Berlin. Pierwsza z tych stolic dała nam przepustkę do sojuszu atlantyckiego, druga do Unii. Ale bojkot ze strony administracji Joe Bidena posądzonych o łamanie reguł demokracji polskich władz oraz forsowanie przez Angelę Merkel Nord Stream 2 mimo coraz bardziej agresywnej polityki Rosji uświadomiły Polsce, że potrzebuje większego marginesu manewru w relacjach z Ameryką i Niemcami poprzez pokazanie, że mamy jakąś alternatywę.

Warszawa chce także wprzęgnąć Turcję do grupy krajów na wschodniej flance NATO, które tworzą antyrosyjską koalicję, tzw. Bukareszteńską Dziewiątkę. To potencjalnie cenny sojusznik nie tylko ze względu na strategiczne położenie i większą od Niemiec liczbę ludności. Na Kaukazie, w Syrii i Libii Turcja pokazała, że potrafi na polu walki skutecznie zatrzymać rosyjskie imperialne ambicje. Erdogan coraz mocniej angażuje się także we wsparcie Ukrainy, za co Moskwa ukarała Turcję wstrzymaniem wyjazdu rosyjskich turystów. Ale coraz bardziej marginalizowany przez Zachód może w końcu zostać wepchnięty w objęcia Kremla. Polska inicjatywa to ryzyko może oddalić.

Nie tylko ze strony Polski mowa o dość drastycznym dyplomatycznym zwrocie. Dokonuje go też Turcja. Ledwie rok temu blokowała przecież przyjęcie przez NATO planów przyjścia z pomocą Polsce i krajom bałtyckim, aby wymusić wsparcie sojuszu w walce z kurdyjskimi separatystami. Ale mimo to polsko-tureckie współdziałania mają szanse się utrzymać na dłużej. Polska może się okazać dla Erdogana, który jest skonfliktowany z Francją, Grecją i Cyprem, ważnym sojusznikiem wewnątrz UE, w szczególności gdy przyjdzie do podjęcia decyzji przez Radę UE o utrzymaniu unii celnej z Ankarą. Do tej pory Polska zawsze opowiadała się za członkostwem Turcji we Wspólnocie i była przeciwna nałożeniu na nią poważnych sankcji. W oczach Erdogana jest więc wiarygodna.

Współdziałanie z naszym krajem umacnia także pozycję Turcji w NATO, w szczególności w relacjach z USA. Spotkanie Bidena z prezydentem Turcji na szczycie sojuszu 14 czerwca zapewne nie pozostaje bez związku z turecką wizytą Andrzeja Dudy w Ankarze: wcześniej nie było z Białego Domu telefonu ani do Warszawy, ani do Ankary.

Ale romans z Turcją niesie też dla Polski istotne ryzyko. Nasz kraj jest oskarżany na Zachodzie o łamanie zasad demokracji i praworządności. Bliska współpraca z autorytarnym reżimem Erdogana te zarzuty jeszcze umocni. Tym bardziej że w Turcję mocno zaangażowały się Chiny, które będą chciały wykorzystać nowy układ, aby umocnić swoje wpływy w Polsce.

Turecki przywódca od lat jest uważany za mistrza rozgrywania jednego kraju przeciw drugiemu. Przykład: gdy Ameryka odmówiła mu sprzedaży najnowszych systemów obrony przeciwlotniczej, zdecydował się na zakup rosyjskich S-400 łamiąc podstawowe zasady obowiązujące w NATO. Turcja jest jednak kluczowym graczem w wielu obszarach o fundamentalnym znaczeniu dla Stanów. Wystarczy wymienić blokadę ambicji atomowych Iranu, syryjską wojnę domową, powstrzymanie rosnących wpływów Rosji w basenie Morza Czarnego czy bezpieczeństwo Izraela. Z kolei wobec Unii Ankara może grać kartą wstrzymania imigracji z Bliskiego Wschodu, a także eksploatacji złóż gazu w części Morza Śródziemnego, do którego pretensje roszczą sobie Grecja i Cypr. Polska nie ma ani takiego doświadczenia w dyplomatycznej grze, ani podobnych atutów. Jest też bardziej narażona na odwet Rosji. I ma dużo więcej do stracenia w relacjach z Unią, w szczególności z Niemcami i Francją. Musi więc uważać, aby koszty gry z Turcją w pewnym momencie nie zaczęły przewyższać możliwych z tego korzyści.