Na początku, gdy prezydent otrzymywał zaświadczenie o wyborze, zaapelował do rządu, by w okresie przejściowym nie podejmował „poważnych decyzji, szczególnie o charakterze ustrojowym", które budziłyby społeczne emocje. Potem mieliśmy nie do końca zrozumiałe odmawianie przez głowę państwa spotkania z premier przez całe 90 dni kohabitacji. Teraz dochodzi do sporu o pierwsze posiedzenie Sejmu. Dzień 12 listopada stawia Kopacz w trudnej sytuacji. Z jednej strony konstytucja zobowiązuje ją do tego, by tego dnia złożyła dymisję, ale z drugiej – tego dnia odbywa się szczyt UE na Malcie.

Doradca prezydenta prof. Andrzej Zybertowicz twierdzi, że Kancelaria Prezydenta nie zdawała sobie sprawy z kolizji terminów. Chciałoby się więc wierzyć, że nie ma tu złej woli. Ale myśl, że powodem zamieszania była niekompetencja otoczenia głowy państwa, wcale nie napawa optymizmem.

Równocześnie PO rozdmuchuje tę sprawę, by zaatakować prezydenta, choć sama nie ma czystego sumienia. Do końca ubiegłego tygodnia rząd nie planował wysłać na poniedziałkową radę ministrów spraw wewnętrznych przedstawiciela dającego Polsce prawo głosu. A to na takich spotkaniach przygotowuje się konkluzje dla przywódców. Jeśli temat uchodźców jest dla PO tak ważny, dlaczego nie potraktowała serio tego spotkania?

W dodatku z informacji „Rzeczpospolitej" wynika, że Donald Tusk nie konsultował z innymi krajami daty odbywającego się trzy dni później szczytu Rady Europejskiej, te bowiem nie traktują tego spotkania aż tak bardzo serio. Nie przyjedzie na nie np. David Cameron, który poprosił premiera mniejszej Irlandii, by go reprezentował. Czy premier Ewa Kopacz nie mogłaby więc poprosić chociażby premiera Czech, by przedstawił polskie stanowisko, sama zaś pozostać w kraju i zająć się swoimi sprawami?

Jedno jest pewne. Widzimy oto zamiast nowej jakości kolejną odsłonę dobrze znanej wojny polsko-polskiej. Nasza racja stanu na tym na pewno nie zyskuje.