Najpierw rząd został zepchnięty na drugi, jeśli nie trzeci plan aktywności politycznej. Prawo i Sprawiedliwość w tamtym czasie umacniał swoją władzę, przejmując urzędy, służbę cywilną, media publiczne czy „naprawiając" Trybunał Konstytucyjny, zupełnie nie zważając na koszty polityczne i międzynarodowe takiego działania. Większość ministrów była wtedy nieobecna z uwagi na ogrom prac, jaki czekał na nich w poszczególnych resortach.
Nagle jednak partia rządząca zaczęła nadawać na innych falach. Ofensywę wizerunkową zainicjowała premier Beata Szydło i rozpoczęły się merytoryczne dyskusje nad projektami ustaw, takich jak podatek obrotowy, od instytucji finansowych czy program 500+. Wreszcie rząd przedstawił ambitny plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego.
Wydaje się, że PiS zapomniał, że kampania wyborcza nie kończy się w dniu wyborów – ona właśnie wtedy się zaczyna i trwa całą kadencję. PiS wolał najpierw roztrwonić kapitał polityczny zbudowany podczas dwóch udanych kampanii 2015 roku, a dopiero potem zabrać się do jego odzyskiwania. Stworzył sobie jednak przez to potężnych wrogów w kraju i za granicą.
Dziś będzie mu znacznie trudniej walczyć o wizerunek, który dał zwycięstwo. Trudno też przewidzieć, czy po okresie merytorycznym PiS znów nie rozpocznie wojny. Polityka bowiem to nie tylko sama aktywność, ale również sposób działania. W kampanii wyborczej PiS dobrze zdawał sobie z tego sprawę, teraz co jakiś czas o tym zapomina.
Przykład PO pokazuje, że wyborcy są znacznie mniej wyrozumiali dla złej formy rządów niż dla złej treści. Nie chodzi więc o to, by rząd podejmował jeszcze więcej wizerunkowych działań. Nie, PiS musi po prostu pamiętać, że w polityce forma i treść tworzą całość.