Po kilku miesiącach kryzysu sondaże Lewicy znów oscylują wokół 9–11 proc. Perspektywa socjaldemokratów w nowym rządzie staje się realna i to po niemal 20 latach zimowania w opozycji. Na drodze tym planom mogą stanąć dawni koledzy z poselskich ław, obecnie skupieni w PPS i Unii Pracy. Już zapowiadają tworzenie oddzielnego, „prawdziwie lewicowego komitetu”. Sami nie mają szans, ale ich działania mogą zabrać kluczowe procenty, które zdecydują o ostatecznym składzie nowego rządu.

Koniec października, Sejm RP; na spotkaniu wspominkowym z okazji 20-lecia powołania koalicji SLD–UP grono przeciwników Nowej Lewicy: Joanna Senyszyn (PPS), Waldemar Witkowski (UP) czy dawno niewidziany Marek Pol. Nad wszystkimi czuwa Leszek Miller. Sam deklaruje, że do Stowarzyszenia Lewicy Demokratycznej (SLD) wstępować nie zamierza. PPS straciła impet w wyniku konfliktów wewnętrznych; niegdyś wpływowa Unia Pracy to wydmuszka. Może dołączy kilka znanych postaci zawiedzionych współpracą z Czarzastym. Ale to wszystko.

Być może nie o zwycięstwo chodzi, ale o szantaż wobec dawnej formacji – pozwólcie nam wrócić na listy komitetu Lewicy albo stworzymy swój własny i zepchniemy was do progu. W lewicowych kuluarach chodzą słuchy, że tacy politycy jak Kwiatkowski i Senyszyn odbili się od drzwi PO. Mimo wszystko, nawet jeśli są zbyt lewicowo „toksyczni” na listy partii Donalda Tuska, to być może po wyborach jakaś nieformalna współpraca nowego ugrupowania z Platformą Obywatelską będzie możliwa. Choćby jako uzupełnienie Inicjatywy Polskiej Barbary Nowackiej, która w swej słabości nie jest zbytnio wiarygodna – nawet jako partia satelicka.

Czytaj więcej

Michał Kolanko: Dlaczego Lewica przedstawia pomysł na (współ)rządzenie

Ta teoria zdaje się wpisywać w medialną strategię Donalda Tuska, który raz obiecuje liberalizację prawa aborcyjnego, a innego dnia kreśli wizję podwyżek dla sfery budżetowej. Tradycyjnie stara się łowić w elektoracie Nowej Lewicy. Robert Kwiatkowski i Andrzej Rozenek w swoich wypowiedziach publicznych mimochodem potwierdzają ten plan – ich główne zadanie to obalić PiS, koniecznie w ścisłej współpracy z Donaldem Tuskiem. O samodzielnej polityce mowy być nie może.

Liderzy Lewicy zachowują w tej sprawie zimną krew, a oficjalna wykładnia stanowi: żadnych negocjacji ze zdrajcami. Nie jest tajemnicą, że zarówno PPS, jak i UP są zbyt słabe, by wystawić własne listy wyborcze. Buntowników należy zdławić. A potem jak zawsze przetrzymać ataki Donalda Tuska i dociągnąć do wyborów wynik, który wymusi zaproszenie Lewicy do rządu. Dla PO Lewica to problem – trzeba będzie zrobić coś z aborcją, związkami partnerskimi, może nawet powściągnąć bardziej liberalne tendencje własnego zaplecza. Jeśli nie da się jej pozbyć, można przynajmniej próbować osłabić. A co, jeżeli uciekinierzy z Lewicy nie są tacy słabi, jak się ich maluje, i jednak dopną konkurencyjne listy? Polska polityka widziała już bardziej egzotyczne komitety. Przed partią Czarzastego i Biedronia ważna decyzja: przełknąć dawne zniewagi i pójść na kompromis, czy zagrać va banque, ryzykując okrążenie z lewej.

Jędrzej Włodarczyk

Autor jest działaczem związanym z Nową Lewicą i publicystą