Jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji poznać „The Boys”, to już spieszę wyjaśnić, o czym jest to dosyć nieoczywiste uniwersum antybohaterskie. Pierwowzorem jest seria komiksów autorstwa Gartha Ennisa, choć te stanowią dzieło stosunkowo hermetyczne z racji na, delikatnie rzecz ujmując, skrajnie niepoprawny humor. O wiele ważniejszy jest szerszy, historyczny kontekst całości.
Przed serialem – wyprodukowanym dla Amazon Prime Video – był więc komiks, ale przed komiksem były inne komiksy. Historia z „The Boys”, koncept, że superbohaterowie nie są pozbawieni skaz czy są wręcz antybohaterami, pojawił się już wcześniej. Zazwyczaj wskazuje się na dwa pierwowzory tego konceptu: „Miracleman”, w którym główny superbohater zaczyna mierzyć się ze swoim szaleństwem, tym, że sam zaczyna postrzegać się jako mesjasza dążącego do ustanowienia dobrowolnej dyktatury, oraz „Watchmenów”, gdzie superbohaterowie na emeryturze próbują znaleźć zabójcę jednego ze swoich, a jednocześnie zostaje tam zdemaskowany świat przepełniony korupcją, zepsuciem i moralnym upadkiem tych, którzy mieli bronić najsłabszych. W takiej konwencji zrealizowani zostali antybohaterowie w „The Boys” w komiksowej wersji. Dodajmy, że ten pierwowzór był brutalny, obsceniczny i często po prostu odrażający, daleko przekraczając granice dobrego smaku. Na szczęście serial odszedł dosyć daleko od oryginału, co w powszechnej opinii wyszło mu na dobre. Zachowany został jednak core opowieści: superbohaterowie nie są ok.