Reklama

„A jak Andromeda”: Gwiezdny list z wirusem

Czy ciekawość, której nawet groźba zagłady nie jest w stanie powstrzymać, to stała kosmiczna istot rozumnych?
„A jak Andromeda”, Fred Hoyle, John Elliot, wyd. Rebis

„A jak Andromeda”, Fred Hoyle, John Elliot, wyd. Rebis

Foto: mat.pas.

Dział powieści SF o listach z kosmosu od lat okupują dwie czołowe pozycje: „Głos Pana” Stanisława Lema i „Kontakt” Carla Sagana. W obu wiadomość od kosmitów zawierała przepis na substancję (u Lema) i plan maszyny (u Sagana). Także w powieści Freda Hoyle’a i Johna Elliota „A jak Andromeda” z roku 1962, a więc wcześniejszej od obu wymienionych, mamy instrukcję do wyprodukowania czegoś – superkomputera? żywej istoty? Pod koniec lat 60. XX wieku, kiedy rozgrywa się akcja, w Wielkiej Brytanii oddano do użytku nowy radioteleskop o powierzchni boiska piłkarskiego. Jeszcze nim ruszył na dobre, wykrył przekaz z konstelacji Andromedy, ze źródła odległego o 200 lat świetlnych. Andromeda nie celuje listem w konkretne miejsce, liczy na szczęśliwy traf, co świadczyłoby, że w Galaktyce jest na tyle gęsto od cywilizacji, iż taka strategia się opłaca. Odbiorca ma tylko określić, jaką formę życia reprezentuje, a program z listu dośpiewa sobie resztę. Szyfrant z Andromedy zakłada małpią ciekawość odbiorcy. To tak, jak z pocztą komputerową – wiemy, że mail może być zainfekowany wirusem, a i tak go otwieramy. Czyżby owa ciekawość, której nawet groźba zagłady nie jest w stanie powstrzymać, była stałą kosmiczną istot rozumnych?

Zabookuj najlepsze treści na wakacje!

Skorzystaj z promocji wakacyjnej i zyskaj dodatkowe drukowane magazyny: Nauka i Historia.

Twoje rzetelne i obiektywne źródło najważniejszych informacji z Polski i ze świata.

Promocja dotyczy subskrypcji RP.PL na rok.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama