Do czego może się przydać rządowi Mateusza Morawieckiego Komisja Europejska? Wydawałoby się, że do niczego, raczej wręcz przeciwnie – Komisja z najczyściej politycznych powodów hamuje przecież dostęp Polski do unijnych pieniędzy.

Ale to nieprawda – KE bywa bardzo przydatna. Po pierwsze, nadaje się świetnie do roli Emmanuela Goldsteina, którego w „Roku 1984” Orwella władza pokazywała jako sprawcę wszelkiego zła. Po drugie, może spełniać pożyteczną funkcję dla nienasyconego i wyposzczonego polskiego fiskusa. Oto bowiem okazuje się, że to rzekomo właśnie za sprawą interwencji KE polski rząd będzie musiał, ku swojemu nieutulonemu żalowi oczywiście, skasować tarczę antyinflacyjną. W jej ramach cieszyliśmy się niższym VAT-em na paliwa, gaz, prąd.

Czytaj więcej

Paliwa mogą mocno podrożeć po nowym roku

Tarcza nie była złym rozwiązaniem, bo zostawiała więcej pieniędzy w kieszeniach obywateli i lekko osłabiała impuls inflacyjny. Niestety, z punktu widzenia etatystycznego rządu, przyciśniętego przez własną rozrzutność praktykowaną od siedmiu lat, tak dobrze to już nie wyglądało. Warto zwrócić uwagę, że gdy przedstawiciele PiS chwalą się gdzieś swoimi osiągnięciami, to bardzo często jest wśród nich zwiększenie wpływów do budżetu. To absurd – dla państwa nie jest żadnym powodem do chwały, że więcej zabiera podatnikom. Chyba że jest to państwo, którego władza opiera swoje notowania na wielkim przekupstwie socjalnym.

Tarcza antyinflacyjna, jak mówią dziś niektórzy ekonomiści, „kosztowała” budżet ponad 30 mld zł przez pół roku. To całkowite pomylenie pojęć. Jeśli budżet odpuszcza obywatelom podatki, to nie jest to dla niego żaden „koszt”, bo budżet nie jest obywatelem czy przedsiębiorcą, żeby miał ponosić „koszty”, jeśli rezygnuje z części swoich przychodów. To tak, jakbyśmy stwierdzili, że złodziej poniósł koszty, bo nie okradł dziesięciu, ale tylko pięć osób. Ulżenie podatnikom poprzez zmniejszenie nakładanych na nich obciążeń nie jest „kosztem” ani żadną łaską – jest oddaniem ludziom tego, co do nich należy: ich ciężko zarobionych pieniędzy.

Lecz, jako się rzekło, łapczywemu państwu to nie pasuje. I tu na białym koniu wjeżdża KE z uwagami do polskiej tarczy inflacyjnej. Wychodzi zatroskany pan premier i powiada: wicie rozumicie, my byśmy tu nawet chcieli i nieba wam przychylić, towarzysze, ale nie możemy, bo ta zła Komisja z tą paskudną Niemką von der Leyen na czele nam nie pozwala. Więc bardzo nam przykro, ale będziecie musieli nam znowu oddawać więcej w podatkach pośrednich.

Czytaj więcej

Michał Płociński: PiS powinno popierać 100 proc. Polaków

To część układanki. Rządowi strach o finanse tak głęboko zajrzał w oczy, że zaczęto wprost mówić o ostrym ścinaniu wydatków różnego rodzaju. I nic dziwnego: w sumie przez siedem lat, a przez pięć w czasie dobrej koniunktury, PiS rozrzucał kasę z helikoptera, kompletnie nie licząc się z tym, że w końcu jej zabraknie, jeśli koniunktura się z jakiegokolwiek powodu pogorszy. W końcu pan Piketty obiecywał, że można się zadłużać bez końca. Dziś okazuje się, że koniunktura zdechła, a Piketty jest hochsztaplerem (co było wiadomo od dawna). Władza wpadła w panikę, chwyciła do ręki siekierkę i zacznie zaraz ścinać co popadnie. Można było tego oczywiście uniknąć. I ta świadomość jest teraz najgorsza.

Łukasz Warzecha

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”