Na rynku obrzydzania i wyśmiewania można zbudować karierę, jak też zarobić trochę pieniędzy. Politycy intensywnie korzystają z tych możliwości, niektórzy twórcy, czy raczej „twórcy" – też. Ukazała się niedawno książka Moniki Sobień-Górskiej „Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci i pieniądze”. Utrzymana w konwencji marnych krajowych filmów pokazujących pieniądze, seks i pogardy godnych ludzi. Tandetnie wyprodukowane, zarabiają trochę pieniędzy i szybko spadają z ekranów. Sądzę, że ta książka też rychło pojawi się w punktach skupu makulatury, ale jej skutki przetrwają dłużej.

W gospodarce rynkowej, gdzie ludzi biznesu trzeba wspierać i szanować, umocni się społeczna opinia, że to chamy, oszuści i kanalie. Zainteresowani odczują pewną przykrość. Niektórym czytelnikom, jak już przestaną rechotać, może być natomiast biedniej. Bo to ci wyśmiewani przedsiębiorcy tworzą pieniądze. Im są bardziej szturchani, tym tych pieniędzy jest mniej – dla wszystkich.

Czytaj więcej

Monika Sobień-Górska. Polscy miliarderzy

Mój dawny mentor, doświadczony dziennikarz amerykańskiego magazynu „Time”, mawiał: „Musisz bardzo starannie sprawdzać szczegóły i precyzyjnie je podawać. Jeśli napiszesz, że prezydent nosił bordowy krawat, a miał granatowy, co wszyscy w telewizorach widzieli, możesz wyrzucić całą resztę błyskotliwej argumentacji. Nikt w nią nie uwierzy, bo każdy widział, że kłamiesz”.

Mitologia bogactwa

Książkę otwiera rozmowa z Sandrą, żoną multimilionera. Ubiera się dyskretnie, ale pławi się w luksusie. Majątek męża wynosi 800 mln zł. Na spotkaniu pełna konspiracja, komórka zostaje wyłączona i schowana głęboko do torebki. Przez telefon nie rozmawia, bo może być na podsłuchu. Szczegółowo opowiada o bajkowym życiu. Luksusowy hotel na dwutygodniowy urlop – 70-100 tys. zł. Lubi pływać własnym jachtem. Takim porządnym, 50-metrowym. Za 30 mln zł. A na palcu nosi, jak to określa, apartament. Pierścionek za 1,1 mln.

Przyjrzyjmy się tym liczbom. Budżet na milionerski urlop wynosi 1000-1500 euro na dobę. W sezonie dobry, ale nie najdroższy Al Naseem w Dubaju kosztuje 2800 euro za dobę. W Grand Hotel Cap Ferrat lepszy pokój 2500-3000 euro, w Marbella Club podobnie. Nie mówię już o Cala di Volpe na Sardynii, gdzie za rezerwację kanciapy udającej pokój (od 3000 euro) – szef recepcji, słynny signor Cantatore, oczekuje wyrazów wdzięczności w kopercie. Dosyć pękatej. Inaczej za rok mogą być kłopoty z rezerwacją. W Cheval Blanc w Courchevel, gdzie zimą wypada się pokazać, za 2000 euro można dostać maleńki pokoik nad kuchnią, z widokiem na śmietnik. Wszystkie inne kosztują od 3000 euro wzwyż.

Są to oczywiście stawki za pokój, wszelkie opłaty za serwis, napiwki dla pokojówek, bojów, concierge’ów, kierowców itp. są dodatkowe. Przy budżecie 1000-1500 euro za dobę pani Sandra z małżonkiem muszą korzystać z taniochy. Do najlepszych hoteli nie mają wstępu. Już więc na początku tworzenia mitologii ogromnego bogactwa prezentacja zaczyna się rozłazić.

Za wątli na luksusy

Dalej jest coraz gorzej. Jacht 50-metrowy za 30 mln zł można znaleźć na szrocie i zabrać nań nadmuchiwane materace, żeby było wygodniej. Używana jednostka tej wielkości kosztuje 25-30 mln euro, nowa ze stoczni – dwa razy tyle. Pani Sandra wraz z małżonkiem nie mają na nią budżetu. Szczególnie, jeśli dodać do tego piekielnie wysokie koszty utrzymania i opłaty portowe. Jak też łapówki z nimi związane. Dodam dla porządku, że jachty powyżej 50 m ma dwoje Polaków, a 50 metrowe – trzech. Małżonka pani Sandry wśród nich nie ma.

Jeśli zaś chodzi o apartament na palcu, to pani Sandra nosi zaledwie małe mieszkanko w Miasteczku Wilanów. Apartament w Warszawie wymaga wydania co najmniej pięć razy więcej. Pani Sandra musiałaby włożyć pierścień na każdy palec, z kciukiem włącznie.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Mętne informacje, liczby i fakty niezgodne z rzeczywistością, ale o tym czytelnicy nie wiedzą

Wielkie posiadłości we Francji i na Sardynii są wyceniane od 50 mln euro wzwyż. Mniejsze – od 20 mln. W sumie nasza multimilionerska para jest za wątła na te luksusy. Miliony majątku to nie gotówka trzymana w tapczanie, tylko wartość firmy, ciągle zmienna, różne inwestycje, nieustanne ryzyko. Żeby sprostać wymienianym luksusom, trzeba by dopisać im zero do podanej kwoty.

Dostajemy więc nieprawdziwe informacje. Podawane po to, żeby czytelnikom opadły z wrażenia szczęki. Świetna metoda marketingowa przy powszechnej opinii, że przedsiębiorcy to w najlepszym wypadku cwaniacy, a w najgorszym – złodzieje. Do końca książki autorka swobodnie porusza się w tych granicach. Cytuje z nabożeństwem opinie równie biegłych ekspertów, jak pani Sandra. W tej książce nie tylko kolory krawata się nie zgadzają. Także większość innych rewelacji jest wymysłem. Autorka nie odrobiła pracy domowej. Niewiele wie o sprawach, które opisuje.

Bardzo smutne jest to wypracowanie. Brak własnych obserwacji i elementarnej znajomości środowiska ludzi bogatych autorka zastępuje soczystością języka i fascynującymi szczegółami. Biznesmeni jawią się w tym opisie jako grupa zdegenerowanych prostaków, napędzanych chciwością i wielką potrzebą szpanowania.

Samoloty, ale jakie

Głównymi przewodnikami autorki są Marek i Tomasz, biznesmeni, którzy od lat robią interesy z najbogatszymi Polakami. Mówią, że sporo wiedzą. Pan Tomek opowiada o byłym milionerze, który dobrze wygląda, nadal szpanuje. Codziennie je w luksusowej restauracji, ociera buzię, pozdrawia wszystkich i oddala się, nie płacąc. Właściciel jest wściekły, ale krępuje się zwrócić mu uwagę. Prawda? Wątpię.

Pan Marek z kolei opisuje szare eminencje wielkiego biznesu, które nie chcą się rzucać w oczy. W Konstancinie kupują marnie wyglądajcie wille. Nic na zewnątrz nie robią, za to w środku to pałace. I wszyscy im się kłaniają.

Inny bogacz chodzi ubrany jak menel, tłumacząc, że zmienia to on żony, nie marynarki. Jest też taki, który jak donosi autorka, „przepier… majątek rodziców”. I nie krępuje się: na balu w pałacu ze złotymi żyrandolami, z tymi wszystkimi miliarderami z „Forbesa” wokół, dolewał na ich oczach do czarnego Johnnie Walkera cole z wielkiej plastykowej butelki, którą sam sobie przyniósł. Nalewał i mówił: „Piję czarnego, bo mnie stać, piję z colą, bo lubię”. Nawiasem mówiąc, czarny „Jasio Wędrowniczek” był bardzo dawno luksusem. Teraz pije się w tym towarzystwie 40-letniego Macallana. Mizernie wypadł ten bogacz na balu.

W tej książce szczegóły nie są jednak ważne. Dominuje wyniosły ton pogardy

Michał, specjalista od wizerunku, który od ponad 20 lat reprezentuje polskich miliarderów, zauważył, że z reguły mają własne samoloty, takie „od siedemnastoosobowych”. Mogą, jak poczują kaprys, natychmiast polecieć do kogoś, żeby napić się z nim szampana. Żona innego miliardera zawiadomiła znajomych, że właśnie się obudzili i chyba poleca jetem na Kamczatkę.

Ciekawe spostrzeżenia, bo w Polsce nie ma żadnego samolotu prywatnego zdolnego zabrać 17 osób na pokład. Największy międzykontynentalny Gulfstream G650 przewozi maksimum 15 osób plus załogę. W Polsce ma go tylko jedna osoba prywatna i rząd. Taki „od siedemnastu osób” to BBJ (Boeing Business Jet). Też służy tylko rządowi. Bogaci Polacy to nie ruscy oligarchowie. Mają poczucie realizmu i potrafią liczyć. A poza tym oni zarobili pieniądze, a nie ukradli ich jak tamci. Wiedzą, ile to kosztuje wysiłku. Co do kaprysu przy porannej kawie, żeby zaraz po otarciu ust lecieć na Kamczatkę, to trzeba się uzbroić w cierpliwość. Przygotowanie samolotu, załogi, różne operacje urzędowe trwają. Jak źle pójdzie, można czekać dobę na upragniony start.

Sztuka na pokaz

Pan Michał w gruncie rzeczy współczuje miliarderom. „Mówiąc o sztuczności, mam na myśli nieprawdziwość ich codziennych dylematów, w stylu – jaki kupić samolot, gdzie powinien mieć sto dwudziestą nieruchomość”.

Pan Tomasz zauważa ich atencję do szczegółów. Opisuje taką scenę. Do pokoju wchodzi miliarder, rozgląda się i pyta: „A po ch… tyle jest tu długopisów i tych karteczek do naklejania? Trzy osoby pracują, a wy k… robicie tu sklep papierniczy”. Bogacze lubią oszczędzać. Jeden kupił wielką firmę, poszedł na spotkanie z dyrekcją, zobaczył sto osób. „K…, kto to jest. Prosiłem o dyrektorów”. Poinformowany, że są to właśnie oni, wrzasnął „wypieprzyć ich wszystkich”. Kiedy już została garstka, na spotkanie wniesiono sushi i jabłka. Miliarder był wściekły: „Ja za to płacę, wypier… z tym przyjęciem”. Zwolnił pozostałych dyrektorów.

Miliarderzy mieszkają bardzo bogato i strasznie kiczowato. Jednostki kolekcjonują dzieła sztuki. Jeden bardzo znany biznesmen ma dom obwieszony, jak to określa „flangorami” i „sansalami”. W gigantycznym biurze innego jest „tak nasrane bogactwem, że się w głowie kręci”. A obok figurek gipsowych jak ze sklepu z krasnalami stoi rzeźba Mitoraja, którego nazwiska gospodarz nie pamięta.

Miłośnik sztuki obok gabinetu ma toaletę, a w niej przezroczysty pisuar tak umiejscowiony, że, jak sam powiada „sika na Warszawę”. Dodaje, że lubi to uczucie.

Wyniosły ton pogardy

Autorka stosuje bardzo wygodną technikę: sama nie opisuje niczego, cytuje opinie innych, dla niej wyraźnych autorytetów. Pan Artur rządzący dużym funduszem inwestycyjnym w Anglii opowiada, jak to ktoś chciał kupić działkę w konkretnym miejscu. Molestował właściciela, który się opierał. W końcu jednak te namolne oferty go znudziły, więc rzucił dumpingową cenę. I proszę sobie wyobrazić: ten chętnie ją zapłacił.

Ja zresztą też bym to uczynił, bo dumpingowa cena jest najniższą z możliwych i to mógłby być dla kupującego dobry interes. Panu Arturowi coś się pochrzaniło. Powinien powiedzieć: cena była absurdalnie wysoka, czyli zaporowa. W tej książce szczegóły nie są jednak ważne. Dominuje wyniosły ton pogardy.

W innym miejscu wyobraźnia narusza prawa fizyki. Czytamy, że miliarder miał ochotę zjeść obiad ze znajomymi. Kiedy ci powiedzieli mu, że są 300 km od niego, zapraszający stwierdził, że to żaden problem i że za pół godziny będzie po nich jego helikopter. Śmigłowca, który lata 600 km/h niestety jeszcze nie wynaleziono.

Sylwia, żona miliardera, wprowadza autorkę w świat wielkich torebek. Komunikuje, że nie można nosić zwykłych markowych, bo te są używane przez celebrytki i prezenterki telewizyjne. Taki bazar dla dziewczynek prężących się na Instagramie. „Żony miliarderów mają torebki Kelly od Hermesa, i to nowe, nie vintage. Mówimy tu o setkach tysięcy złotych. Są w Polsce kobiety, które mają nawet torebkę Birkin. Tu już mówimy o milionach za sztukę”. Pani Sylwia oczywiście taką torebkę miała.

Z przykrością zawiadamiam ją i autorkę, że torebki Kelly kosztują tylko od ok. 6 tys. do 26 tys. dol. Na Birkin trzeba wydać od 9750 dol. do prawie 62 tys. dol. Tyle kosztują nowe. Jeśli pomnożyć to wszystko przez aktualny kurs dolara, to nie ma mowy o setkach tysięcy złotych za Kelly, ani tym bardziej kilku milionach, które rzekomo trzeba zapłacić za egzemplarz Birkin. Coś się chyba obu paniom pokiełbasiło.

Liczby (nie) kłamią

40. urodziny „setkowego” milionera, a więc golasa w tym towarzystwie. Dwa samoloty rejsowe wynajęte, 400 gości, lądowanie na Sardynii. Szampany po 3 tys. euro za butelkę (musiało ich pójść najmarniej 300 butelek). Podróż luksusowymi limuzynami do hoteli. Przyjęcie na zamku, koncert kwartetu smyczkowego sprowadzonego z Wiednia. Jubilat śpi i chrapie, kwartet gra coraz głośniej.

Potem ognie sztuczne, a następnego dnia przyjęcie na plaży (20 kucharzy), gwiazda z Opola z zespołem. Informator autorki podaje (a autorka nabożnie to przytacza), że impreza musiała kosztować co najmniej 2 mln zł. Droga autorko, trzeba liczyć. Za sam szampan zapłacono milion euro, czyli 4,6 mln zł. A gdzie cała reszta? Impreza, jeśli odbyła się tak, jak ją opisano, w co wątpię, kosztowałaby 12-15 mln zł. Nie dwa, jak napisano. Takie pisanie dzisiaj nazywa się „fake news”.

Onasis w grobie się przewraca

Podstawową zaletą polskiego miliardera jest według książki biegłość w oszukiwaniu wszystkich dookoła. Od żony, którą zdradza z młodszymi, po partnerów biznesowych, jakich zostawia na lodzie. Ubarwieniem tych nudnych opowieści są wyświechtane bon moty. Jak ten, kiedy szpetny kurdupel mówi: „Kiedy stanę na portfelu, jestem wysoki blondynem”. Onasis w grobie się przewraca, bo on to powiedział pół wieku temu.

Szeroko opisuje się skąpstwa najbogatszych. Uciekają z knajp przed nadejściem rachunku, wrabiają w płacenie innych. Dołączają do jedzących obiad niby na chwilę, ale apetyt mają wilczy. Po deserze oznajmiają, że przysiedli się tylko dla towarzystwa. Ktoś zawsze się ulituje i za nich zapłaci. Inny rozlicza żonę z wydatków i na koniec miesiąca ona mu oddaje nadwyżkę lub on dopłaca. Relacja z windykacji długu 100 tys. dolarów jest godna pióra Szekspira.

Bogaci nigdy nie odpoczywają, są opętani przez pieniądze. Nienawidzą takiego trybu życia i nie mogą się od niego wyzwolić. Cały czas chcą mieć więcej, więc nie dosypiają, nie odpoczywają, rzadko widują dzieci i żonę. Ciągle im za mało, ale są chwile, że takie życie ich przytłacza. Czują się samotni. Dobrze im tak!

Pocieszeniem dla ludu płynącym z kart książki jest pustka życia bogaczy i ich rodzin. Pieniądze nie dają szczęścia. Jakaż ulga dla tych, którzy ich nie mają. Cierpią żony miliarderów, dzieci i oni sami. Czasami się tłuką, a potem fałszywie, choć promiennie, uśmiechają się do otoczenia. A w ogóle, to są wyjątkowe chamy. Choćby ten, który w knajpie wrzeszczy do kelnera: „Jak się podaje, k…?” To jest wino?” „Może u ciebie na wsi pije się szczyny”.

Karykatura prawdziwego życia

Miliarderzy są zabobonni. Jeden z nich zainwestował miliardy w Azji w ropę naftową. Wróż mu powiedział, że tam jest. Niestety, pomylił się i miliarder zbankrutował. Można wysunąć z tego praktyczną radę: lepiej dobierać wróżki.

Pani Izabela, żona jednego z najbogatszych miliarderów, właśnie się z nim rozwodzi. Opisuje rozkosze ciała, jakich sobie ludzie pieniądza nie szczędzą. „Panowie od czasu do czasu wynajmowali doświadczonego organizatora orgii seksualnych, to facet na co dzień mieszkający w Belgii i on za duże pieniądze robi imprezy na wynajmowanych jachtach. Wszystko prywatnie, prostytutki obu płci, kokaina, alkohol”. Jej mąż ma tak wypalony przez narkotyki mózg, że kiedyś nie wyłączył monitoringu i wszystko się nagrało. Bardzo się przyda przy rozwodzie. Pani Sylwia traktuje sprawę filozoficznie. „Pieniądze, a zwłaszcza ogromne pieniądze, robią nieodwracalne zmiany w psychice człowieka. Taki człowiek musi się gdzieś wyżyć”.

I tak to idzie od początku do końca. Od brylantów jak kurze jaja przez torebki za wiele milionów, napędzane kokainą orgie z prostytutkami na pokładzie jachtów, chciwość, oszustwa i wypaloną przez pieniądze pustkę wewnętrzną. Normalni ludzie muszą czuć pogardę wobec takiego chłamu, bardzo wrażliwi mogą im tylko współczuć. W ponad 320-stronicowej książce zabrakło kilku kartek na próbę objaśnienia, po co ta pasożytnicza klasa w ogóle istnieje i co poza tymi obrzydlistwami robi. To, że biznes buduje domy dziecka, wspiera kulturę, finansuje różne szlachetne akcje filantropijne – nie obchodzi autorki i wydawcy.

Mamy karykaturę prawdziwego życia. Mętne informacje, liczby i fakty niezgodne z rzeczywistością, ale o tym czytelnicy nie wiedzą. Odłożą tę książkę ze złością i będą oczekiwać, żeby rząd osuszył to bagno. A rząd słucha suwerena, więc z dodatkową energią przykręci śrubę przedsiębiorcom. Dzięki temu jeszcze przez kilka pokoleń będziemy jeździć do pracy za granicę, gdzie biznes jest szanowanym, uprzywilejowanym sposobem na życie.

Dziurka w szczelnym płocie

Autorka nie była i nie jest częścią tego towarzystwa, które tak ironicznie oraz pogardliwie opisuje. Usiłuje zajrzeć doń przez dziurkę w szczelnym płocie. Kłopot tylko z tym, że dziurka jest mała i w innym płocie. Coś tam widzi, resztę sobie wyobraża. Widzi więc w ludziach biznesu prostactwo, chciwość, chamstwo i nicość moralną. Kilku opisywanych jest trochę łagodniej, ale większość to chłam. Godny pogardy, jakże odmienny od uczciwych ludzi, którym niekiedy brakuje pieniędzy na chleb.

Książka mocno wpisuje się w chętnie prezentowane publicznie negatywne opinie o przedsiębiorcach i wspiera zawiść, jaka ich otacza. Politycy wymyślają coraz to nowe przepisy, które mają ich bogactwo zmniejszyć, a życie – utrudnić. Na niesprawność naszego państwa nakłada się odziedziczony jeszcze z komuny obyczaj polowania na „prywaciarza”. Dla urzędników jest zwierzyną, na którą nie ma okresu ochronnego. Wielomiesięczne kontrole, aresztowania przed kamerami tv, nielogiczne, ciągnące się latami procedury niszczą przedsiębiorców i szkodzą gospodarce.

Tych ludzi powinniśmy szanować i popierać we własnym interesie. Cokolwiek produkują, tworzą pieniądze. Gdyby nie było tych wyśmiewanych dziwaków, którzy na wakacjach kilka razy dziennie dzwonią do firmy, gdyby nie wysiłek milionów wielkich, średnich, małych i tych mikroskopijnych przedsiębiorców, żylibyśmy gorzej. Tak, jak w większości państw dawnej komuny, skąd przyjeżdżają do nas biedacy – i cieszą się, że tu zarabiając, mogą utrzymać rodziny.

W każdej grupie zawodowej można znaleźć ludzi mądrych, szlachetnych, skłonnych do pomocy innym. Są też inni, godni drwiny i pogardy. W portrecie środowiska biznesu fabrykowanym przez Monikę Sobień-Górską są tylko ci inni. Pewno trochę zarobi na tej publikacji. Życzę jej, żeby kiedyś sama znalazła się w grupie, która opisuje. Wówczas dowie się i zrozumie znacznie więcej.

Autor

Tadeusz Jacewicz

Były korespondent zagraniczny, komentator, wydawca magazynu „High Living”