Jak piszemy dziś w „Rzeczpospolitej", sąd wraz z urzędem skarbowym prowadzą właśnie procedurę odebrania mu m.in. luksusowego apartamentu wraz z wyposażeniem. Oznacza to symboliczny finał jednego z najbardziej bulwersujących procederów korupcyjnych, który wstrząsnął polską opinią publiczną.

Paradoksalnie każda afera może mieć ozdrowieńczy wpływ na życie publiczne w Polsce. Przez napiętnowanie, rozliczenie i ukaranie pewnych zachowań do społeczeństwa płynie jasny sygnał: osoby, które swą władzę w nieuczciwy sposób wykorzystują do zbijania prywatnej fortuny, nie będą bezkarne. I nie będzie tak, że spędzą za kratkami jakiś czas, ale za to później, po wyjściu na wolność, cieszyć się będą zdobytymi dzięki łapówkom milionami (według prokuratury M. zgodził się przyjąć korzyści o wartości ponad 3 mln zł).

Sprawa Andrzeja M. powinna stać się ostrzeżeniem dla wszystkich przestępców, by wiedzieli, że jeśli państwo jest zdeterminowane, wyjaśni afery i ukarze winnych. Powinna się też stać swoistym memento dla sprawujących władzę polityków i urzędników. Tym bardziej że PiS ma dziś gigantyczną władzę, a – by sparafrazować słowa klasyka – władza deprawuje, natomiast olbrzymia władza może deprawować w olbrzymim stopniu.

Ale przykład Andrzeja M. powinien też dać do myślenia lubiącemu zaostrzać prawo Zbigniewowi Ziobrze. Wyrok w sprawie infoafery świadczy o tym, że funkcjonujące dziś przepisy nie są wcale tak nieskuteczne, jak można byłoby wywnioskować z wypowiedzi ministra sprawiedliwości. Zaś takie rozwiązania jak wprowadzanie przymusowych zarządów do firm, mogą się stać polem do nadużyć rodem z filmu „Układ zamknięty".