Gdy SLD wygra wybory, Polska będzie krajem mlekiem i miodem płynącym. Będą bezpłatne przedszkola i darmowe podręczniki dla uczniów, lekarz w każdej szkole i świetna służba zdrowia. Kilometry autostrad i wyższa płaca minimalna. Renty i emerytury na europejskim poziomie, podobnie jak pensje. Dofinansowanie do środków antykoncepcyjnych i zabiegi in vitro całkiem za darmo. Każde dziecko dostanie tablet kupiony za pieniądze z budżetu państwa, a każdy, kto w ciągu roku wyda na leki ponad 500 zł, będzie mógł się ubiegać o zwrot kwoty powyżej limitu. A przy tym wszystkim cudownej likwidacji ulegnie nasz deficyt budżetowy.
– Zlikwidujemy dziurę Rostowskiego, tak jak Marek Belka zlikwidował dziurę Bauca – zapewniał lider SLD Grzegorz Napieralski podczas niedzielnej konwencji programowej swojej partii, a działacze klaskali mu z zapałem.
Cichutkie słowa krytyki można było usłyszeć tylko w kuluarach. – Strasznie płytka ta kampania – dziwił się polityk nieco starszej generacji niż szef Sojuszu.
A inny kandydat na parlamentarzystę wzdychał: – Po co te obietnice bez pokrycia.
Grzegorz Napieralski nie chce pamiętać, a może po prostu nie wie, że w celu zasypania tzw. dziury Jarosława Bauca, ostatniego ministra finansów w rządzie AWS, Sojusz musiał drastycznie obciąć wydatki na cele socjalne. Oznaczało to m.in. likwidację ulg komunikacyjnych dla studentów, skrócenie urlopów macierzyńskich czy nawet odebranie groszowej w skali budżetu (10 mln zł) dotacji do barów mlecznych. Sama zapowiedź tych oszczędności tuż przed wyborami odebrała SLD 1 – 2 pkt proc. poparcia. Tak przynajmniej uważają działacze tej partii.
Akurat tę lekcję Napieralski odrobił, dlatego zarzeka się, że wcale nie trzeba oszczędzać. – Pieniądze są w budżecie – zapewniał podczas konferencji prasowej. Otóż zdaniem lidera Sojuszu można sfinansować te wydatki, likwidując: Fundusz Kościelny, z którego pokrywana jest część składek ubezpieczeniowych duchownych (w 2010 r. było to ok. 86 mln zł), Centralne Biuro Antykorupcyjne (ok. 100 mln zł) i Instytut Pamięci Narodowej (nieco ponad 200 mln zł).
W sumie daje to 400 mln zł rocznie. Innych pomysłów na przesunięcia w budżecie Napieralski nie przedstawił. Można więc przypuszczać, że ta kwota wystarczy, żeby blisko 40-milionową Polskę uczynić krainą szczęśliwości. 10 zł na głowę statystycznego obywatela. Tymczasem sam ubiegłoroczny deficyt budżetowy – czyli różnica między wpływami do budżetu państwa a wydatkami nieuwzględniającymi obietnic SLD – wyniósł 45 mld zł.
Papier jest cierpliwy. Sojusz w swoim programie może obiecać każdemu nawet gwiazdkę z nieba, bo po jesiennych wyborach na pewno nie będzie samodzielnie tworzył rządu. Nie da się go więc rozliczyć z tych obietnic.
Ale i tak politycy powinni zachować umiar w ich składaniu.