Potem będzie miał jeszcze dziesięć lat czasu na leczenie obitych pleców i przemyślenie swoich grzechów, bo tyle spędzi jeszcze w więzieniu. Należy przy tym podkreślić humanitaryzm wymiaru sprawiedliwości Królestwa Wahabitów, bowiem całej kary chłosty wymierzonej jednym ciągiem nieszczęśnik zapewne by nie przeżył.
Sprawa nie jest nowa, Badawi został aresztowany już 2012 r., jednak sporo czasu zabrało śledztwo, proces i procedura apelacyjna (w trakcie której karę... podniesiono z początkowych 7 lat więzienia i 600 batów). Zachodnie organizacje obrony praw człowieka z Amnesty International protestowały, ale z miernym skutkiem. I nikt nie organizował masowych demonstracji pod hasłem „wszyscy jesteśmy Raifami".
Jaki związek ma sprawa Saudyjczyka z zamachem na „Charlie Hebdo"? Ano taki, że zarówno Badawi jak i francuscy dziennikarze w rozumieniu islamskich radykałów zostali ukarani za obrazę religii. Saudyjski sąd stwierdził, że treści zamieszczane przez Badawiego na portalu "Free Saudi Liberals" są obraźliwe wobec przywódców religijnych, w tym osobiście Wielkiego Muftiego, a w konsekwencji obrażają islam. Prokurator zarzucił Badawiemu także apostazję, ale nie zdołał tego udowodnić (w tym wypadku wolnomyśliciel zapłaciłby głową). Wygląda na to, że planujący zamach bracia Kouachi doszli do podobnych wniosków w odniesieniu do zespołu redaktora Charbonniera, jednak im żaden sąd potrzebny nie był. Wystarczył kałasznikow.
Sprawa jest więc oczywista. Bracia okazali się nadgorliwcami a przecież strzelanie do dziennikarzy nie ma sensu: jest brutalne, a poza tym wzbudza niechęć do wyznawców islamu na Zachodzie. Wystarczyło zespołowi redakcyjnemu „Charlie Hebdo" wymierzyć po sto batów - w eksportowej wersji „light". Nikt by nie zginął i wszystko byłoby zgodne z prawem.
Poza ironią pozostaje jednak głęboki niesmak. Przekonania, którymi w ekstremalnej formie posłużyli się francuscy dżihadyści są bowiem wspierane przez praktykę prawną najbardziej konserwatywnych państw islamskich. Tylko w Arabii Saudyjskiej ścięto w ubiegłym roku ok. 70 osób, w tym za rzeczy, których gdzie indziej nikt nie uznałby za przestępstwo (np. rzucanie czarów, zdrada małżeńska, kontakty homoseksualne).