Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co powodowało Unią Pracy, partią mającą samodzielne poparcie w granicach 1 proc. i skromne pieniądze na działalność tylko dzięki utrzymywanej od lat koalicji z SLD, że wystawiła własnego kandydata na prezydenta. Chyba że partia ta tak bardzo czuła się uciśniona przez Sojusz, iż postanowiła to odreagować, robiąc mu konkurencję w wyborach prezydenckich. Wystawiając kobietę przeciwko kobiecie: Wandę Nowicką przeciwko Magdalenie Ogórek.

Ale co powodowało Nowicką, że wyraziła zgodę na start w majowych wyborach? Nie może liczyć na sukces, bo nie jest popularna ani rozpoznawalna. Nie ma zaplecza organizacyjnego ani pieniędzy. Jej feministyczne i antyklerykalne poglądy trafiają do nielicznych wyborców, do których umizguje się też Janusz Palikot, a jej niezdecydowanie na scenie politycznej – bo przecież dopiero co miała wracać do Palikotowego Twojego Ruchu – również nie jest najlepszą rekomendacją.

Być może dzięki kampanii Nowicka zwiększy swoją popularność, ale nie będzie jej w stanie zdyskontować w polityce, skoro zrazi do siebie i SLD, i Twój Ruch, konkurując w wyborach z wystawionymi przezeń Ogórek i Palikotem.

Ponadto po lewej stronie sceny politycznej prezydenckie ambicje ujawniła wcześniej także Anna Grodzka, co oznacza, że o głosy wyborców stanowiących co najwyżej kilkanaście procent całego elektoratu ubiega się już czworo polityków.

Wanda Nowicka zapowiedziała w weekend, że chce łączyć, a nie dzielić, środowiska lewicowe i dlatego walczy o prezydenturę. Ale tak naprawdę jej start w tych wyborach jest ostatecznym dowodem na to, że zatomizowana lewica nie ma żadnego planu wyjścia z kryzysu ani nie wie, po co jest na scenie politycznej. Wybory prezydenckie mogą być początkiem jej końca, a upadek nastąpi po jesiennej elekcji parlamentarnej. Bo wyborca na wieść o kolejnym lewicowym kandydacie ma co najwyżej ochotę uciec z krzykiem.