W wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej", udzielonym Piotrowi Zarembie, prezydent Andrzej Duda zdefiniował najważniejszy spór w dzisiejszej polityce. Co ciekawe, nie jest to front sporu dobrej zmiany i opozycji, ale właśnie sporu w łonie obozu rządzącego.

„Różnimy się co do metod, ale nie co do celów” – mówi prezydent o braku porozumienia z PiS. Oznacza to, że spór nie dotyczy kierunku zmian, ale stopnia ich radykalizmu. A mówiąc inaczej – kosztów, jakie należy zapłacić za przyjmowane rozwiązania. „Dlatego właśnie Polacy wybrali mnie na prezydenta. Nie dlatego, że chciałem dzielić, ale dlatego, że chciałem łączyć. Oni chcą dobrej zmiany, nie dobrej rewolucji” – mówi. I dorzuca zaraz: „Ja zawsze byłem w PiS politykiem umiarkowanym”. To pierwszy raz, gdy prezydent otwarcie mówi o tym, co go dzieli z PiS. Podział na prawicę umiarkowaną i radykalną nie jest jedynie publicystycznym wymysłem, ale realnym sporem w obozie dobrej zmiany. Warto tu przypomnieć słowa samego Dudy, który już półtora roku temu apelował o narodowe pojednanie i wzajemne przebaczenie przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej, co spotkało się z ostrą reakcją prezesa PiS.

Jak więc zdefiniować obóz umiarkowany po prawej stronie? Opowiada się on za koniecznością zmiany porządku zbudowanego w ostatnich latach, szczególnie za rządów PO. Domaga się mocniejszej polityki historycznej, konserwatywnej reformy w szkołach, bardziej asertywnej polityki zagranicznej. Duda przypomina, że to on wygrał wybory i zdobył ponad osiem milionów głosów, dzięki temu, że jego kampania była skierowana do wyborców umiarkowanych. Do tego dochodzi konserwatyzm, czyli szacunek do instytucji państwa. Większa wiara w naprawę procedur niż kadrową czystkę.

Zwolennicy linii bardziej radykalnej mogą powiedzieć, że jest ona słuszna, ponieważ PiS ma dziś 44 proc. poparcia. Jednak ten argument można odwrócić. Czy gdyby nie permanentny konflikt polityczny podsycany przez Jarosława Kaczyńskiego, to wynik nie byłby jeszcze lepszy? Badania pokazują, że polityka PiS mobilizuje wyborców słabiej wykształconych, najgorzej zarabiających, ale traci tych lepiej wykształconych. Jednak te wzrosty partia Jarosława Kaczyńskiemu zawdzięcza raczej polityce społecznej a nie ostremu konfliktowi politycznemu.

Jak pisałem w „Rzeczpospolitej”, w wielu sprawach (począwszy od oceny wet Dudy, sprzeciwu wobec kandydatury Tuska czy referendum dotyczącego wyjścia Polski z UE, a skończywszy na wierze w zamach w Smoleńsku), Polacy dzielą się nie na wyborców PiS i resztę, lecz na radykalną część elektoratu dobrej zmiany (od 30 do 50 proc.) oraz umiarkowaną resztę wyborców PiS i elektorat pozostałych partii.

Radykalizm raczej ogranicza, a nie zwiększa potencjał zdobywania nowych wyborców. Dlaczego ma więc tak wielu orędowników po prawej stronie? Chodzi o legitymizację własnej postawy. Spora część środowisk radykalnych popiera twardą linię, by dowieść swej prawowierności. Stają na czele rewolucyjnej awangardy, niosą ogień wierności linii partii i jej prezesa. „Nie mogę zrozumieć ludzi, którzy przedstawiają to [bardziej łagodną wersję reformy sądownictwa – M.S.] jako jakiś koniec świata, ostateczną konfrontację decydującą
o tym, czy będzie dobra zmiana, czy nie” – mówi prezydent.

Jeśli linia prawicy będzie bardziej umiarkowana, środowiska zagrzewające PiS do rekonkwisty nie tylko stracą legitymację, ale również monopol na rząd dusz po prawej stronie. I tego boją się najbardziej.