Rząd stanie wkrótce przed wyborem, czy wprowadzać restrykcje dla niezaszczepionych „zachęcające” ich do przyjęcia preparatu lub nawet – jeżeli to nie przyniesie efektu – wprowadzać obowiązkowe szczepienia. Sprawa wydaje się oczywista. Skoro państwo, słuchając opinii świata nauki, przyjęło, że szczepionki są dobre i zmniejszają zagrożenie, trzeba zrobić wszystko, aby zaszczepić jak najwięcej obywateli. Z użyciem marchewki, ale też kija na tych, którzy podporządkować się nie chcą.

Marchewka już była: loterie, zachęty, pozytywna stymulacja i tworzenie jedności, solidaryzmu społecznego w walce z zarazą. Dała jednak połowiczny efekt. Po zaszczepieniu przekonanych entuzjazm zaczął szybko znikać, a wraz z nim przekonanie o sukcesie rządowego programu. Dziś fakty są brutalne: większa część naszego społeczeństwa, bo niemal 20 mln osób, nie jest zaszczepiona w pełni lub wcale. Pociesza, że większość tej grupy przyjęła jedną dawkę. A to oznacza, że u podstaw ich decyzji o zatrzymaniu się w pół drogi nie leży jakieś głębokie przekonanie antyszczepionkowe, ale czynniki pośrednie. Na przykład brak poczucia zagrożenia czy strach przed odczynami poszczepiennymi. Powodów może być bardzo wiele.

Czytaj także:

Fałszywe zaświadczenia o szczepieniu dostępne w internecie

Czy zaszczepieni i niezaszczepieni powinni mieć różne prawa

Rząd zachęci do szczepień rękami pracodawców

Nowy pomysł rządu - praca tylko dla zaszczepionych

Ciekawe, czy rząd, przygotowując się do czwartej fali, dokładnie zdefiniował strukturę społeczną osób niezaszczepionych i ich motywacje. Z taką mapą w ręku mógłby przeciwdziałać bardziej precyzyjnie i punktowo niż poprzez masowe zamykanie kin czy kawiarń dla osób bez certyfikatu. Skutek takich działań również może być ograniczony, zważywszy, że w małych miejscowościach często nie ma czego zamknąć.

Wydaje się jednak, że osoby z silnymi przekonaniami antyszczepionkowymi są w mniejszości, a większość to przekonani o własnej nieśmiertelności młodzi ludzie oraz zamknięte w swoich bańkach społeczności lokalne, ulegające mitom i lękom. Przekonanie ich do szczepień nie jest zadaniem niewykonalnym, jeżeli zidentyfikuje się te grupy i dotrze do nich z odpowiednimi argumentami. Szczepionkowa inżynieria społeczna stosowana dziś przez ministrów Niedzielskiego i Dworczyka wydaje się jednak tylko potęgować złe emocje w grupie niezaszczepionych.

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Teraz z darmową dostawą i e‑wydaniem gratis!

ZAMÓW

Warto próbować przekonywania, bo to jedyny sposób na uniknięcie konfliktu społecznego, który w skrajnym wydaniu przybiera takie formy jak atak na punkt szczepień w Grodzisku Mazowieckim. Doświadczenia takiego kraju jak Francja, która po wprowadzeniu restrykcji zanotowała spektakularny wzrost liczby szczepień, nie muszą być przepisem na sukces u nas. Inne są realia i struktura społeczna, inna płaszczyzna wyjściowa (w Europie Francja długo była ze szczepieniami daleko za innymi).

Być może Francuzi unikną czwartej fali. Być może, gdyż wirus nauczył nas nie przewidywać zbyt wiele. Pewny jest natomiast konflikt społeczny w Polsce po wprowadzeniu ograniczeń czy przymusu. Warto szacować zyski i straty, przy decyzjach radykalnych trzymając w ręku skalpel, a nie pistolet szeryfa. Bo podział na My i Oni w sprawie szczepień już jest. Ważne, żeby nie był głęboki, wykluczający, stygmatyzujący. Państwo nie może sobie na to pozwolić. Gdy wyrzuci nawet kilka milionów obywateli na margines społeczny, utrwali podziały i antagonizmy na lata. A gdy na to wszystko nałoży się jeszcze polityka, która nie zwykła przepuszczać konfliktowych okazji, taki koktajl może być równie niebezpieczny jak sama pandemia.