Polityk nawiązuje w swoim wpisie do sprawy tygrysów wiezionych z Włoch, które utknęły na granicy Polski i Białorusi.
Polskie służby transport przepuściły, bo z ich punktu widzenia dokumenty przewozowe i papiery kierowcy były w porządku. Białorusini wjazd ciężarówki wstrzymali, bo kierowca miał jedynie kopie dokumentów CITES, uprawniających do przewozu egzotycznych zwierząt, a sam nie miał wizy.
Tygrysy ponad tydzień podczas podróży i przymusowego postoju spędziły leżąc we własnych odchodach, w niewielkich klatkach, które nie tylko uniemożliwiały im wstanie na łapy, ale też utrudniały karmienie i pojenie. Jedno ze zwierząt padło.
Z kolei kozy, o których pisze Winnicki to zwierzęta, które były hodowane na wyspie w rejonie warszawskiego Mostu Gdańskiego na podstawie umowy między właścicielem a władzami Warszawy. Po otrzymaniu przez policję zgłoszenia od przedstawiciela fundacji ochrony zwierząt o znęcaniu się nad zwierzętami, na wyspę na Wiśle udali się funkcjonariusze oraz służby weterynaryjne. Na miejscu znaleziono kilkanaście padłych kóz. Większość zwłok była w stanie rozkładu. Na wyspie znajdowało się jeszcze kilkanaście innych kóz, w większości były zaniedbane.
"Ta kozofobia jest tym bardziej bulwersująca, że poczciwe kozy nie jedzą mięsa. Z kolei perfidne tygrysy uwielbiają wcinać bydło. Co nie tylko powinno lewicę uwierać etycznie ale i pachnie przecież (hodowla bydła) dużą emisją CO2" - pisze Winnicki zarzucając obrońcom praw zwierząt, że nie potraktowały obu spraw w taki sam sposób.