Jak Estonia przygotowuje się na sytuacje kryzysowe? Macie konkretne plany i procedury?

Najpierw trzeba wiedzieć, do czego się zmierza. Naszym celem jest to, by każdy mieszkaniec Estonii znał swoją rolę na wypadek kryzysu lub wojny i potrafił ją wypełnić. Gdy cel jest tak jasno określony, wszystko inne staje się taktyką prowadzącą do jego osiągnięcia. Budujemy więc świadomość sytuacyjną, rozwijamy system ostrzegania ludności, edukujemy obywateli i tworzymy infrastrukturę. Na końcu przychodzą ćwiczenia: sprawdzamy, czy wszystkie elementy działają razem, i szukamy luk, które trzeba załatać.

Podejście angażujące całe społeczeństwo

Często ćwiczycie?

W tym roku przeprowadziliśmy duże ćwiczenia ILVES 2026. Wzięły w nich udział tysiące osób i setki organizacji – instytucje rządowe, samorządy, firmy i zwykli obywatele. Sprawdzaliśmy przede wszystkim, czy działa łańcuch dowodzenia i czy informacje z terenu docierają do tych, którzy podejmują decyzje. Tak dużych przedsięwzięć nie da się organizować co roku, robimy je co kilka lat. Między nimi odbywa się jednak wiele mniejszych ćwiczeń – w pojedynczych instytucjach, gminach, a nawet małych społecznościach. To element podejścia angażującego całe społeczeństwo: za obronę kraju odpowiadają nie tylko ludzie z sektora obronnego, ale wszyscy.

Czytaj więcej

Premier Norwegii: Nasz wywiad nie widzi zagrożenia rosyjską inwazją

Jak takie ćwiczenia wyglądają w praktyce? Symulujecie ewakuację czy sprawdzacie tylko procedury?

Bywają bardzo różne. Tym razem testowaliśmy wiele scenariuszy jednocześnie. Był potężny wybuch w budynku mieszkalnym, na który musiały zareagować służby ratownicze. Były zamieszki, w których protestujący sięgnęli po przemoc i wkraczała policja. Były incydenty cybernetyczne i przerwy w dostawach prądu. Wszystkie służby musiały działać naraz. Czasem ich działania się nakładały, czasem pojawiały się luki. Równolegle sprawdzaliśmy, czy pełny obraz sytuacji dociera na szczebel, na którym zapadają decyzje.

Ćwiczyliście też na najwyższych szczeblach władzy?

Tak. Zasymulowaliśmy nawet posiedzenie parlamentarnej komisji obrony, przed którą jako minister wnioskowałem o wprowadzenie stanu wyjątkowego. Wszyscy mamy przepisy o stanie wyjątkowym, ale ilu z nas naprawdę przećwiczyło ich zastosowanie razem z rządem? Jak przebiega taka dyskusja, co trzeba wziąć pod uwagę, na jakiej podstawie prawnej się oprzeć? Kwestii do rozważenia jest mnóstwo.

A zwykli obywatele? Też biorą w tym udział?

Mogą, ale wobec nich stosujemy inne podejście – stawiamy na lokalne społeczności. W tym roku uruchomiliśmy program, w ramach którego każda społeczność mogła się ubiegać o ok. 50 tys. euro na przygotowanie do sytuacji kryzysowych. Społeczności same decydowały, na co wydać te pieniądze: na generator prądu, infrastrukturę schronową czy szkolenia i ćwiczenia. Najlepsze projekty łączyły edukację, poprawę infrastruktury i ćwiczenia sprawdzające, czy wszystko działa. Wniosków było 150, pieniądze dostała jedna piąta. Ale moim zdaniem wygrali wszyscy, bo warunkiem złożenia wniosku był plan kryzysowy. A kto ma taki plan, ten wykonał już połowę pracy.

Czytaj więcej

Gen. Grynkewich przedstawił teorię zwycięstwa. NATO zatrzyma atak lądowy przeciwnika

Pieniądze pochodzą z budżetu państwa?

Tak, od rządu. To niewielka zachęta, ale efekt jest spory. Dwadzieścia lat temu sam działałem lokalnie i zajmowaliśmy się wtedy głównie przyjemnymi sprawami: organizowaliśmy dni wsi, budowaliśmy place zabaw, sprzątaliśmy okolicę. Dziś ludzie spotykają się, by rozmawiać o gotowości na kryzys. Co zrobimy, gdy zabraknie prądu? To w Estonii bardzo częsty scenariusz. A przy poważniejszym kryzysie – atakach hybrydowych czy nawet wojnie – zasada jest ta sama: trzeba być przygotowanym.

Estońskie wyzwania w zakresie bezpieczeństwa

Skoro mowa o atakach hybrydowych, Estończycy żyją w cieniu Rosji. Czy macie podobny problem do tego, z którym mierzą się Polska i Litwa, gdzie Białoruś wypycha migrantów przez granicę?

Wyzwania są bardzo podobne. Nawet jeśli migranci przekraczają granicę w Polsce czy na Litwie – a obecnie głównie na Łotwie, idąc z Białorusi – część z nich trafia potem do Estonii. Mamy wspólną zewnętrzną granicę strefy Schengen. Powtarzam to na posiedzeniach Rady UE: jeśli na granicy zewnętrznej jest problem, to w rzeczywistości jest on wszędzie i wszyscy muszą się zaangażować. Uznaliśmy, że kontrole na granicach wewnętrznych nie są skutecznym rozwiązaniem. Kiedy Łotwa zaczęła mieć kłopoty, zdecydowałem, że nie wprowadzimy kontroli na granicy estońsko-łotewskiej. Tych samych ludzi i te same zasoby wysłaliśmy na Łotwę, by pomagali chronić granicę zewnętrzną.

Czy to wystarcza?

Wciąż potrzebujemy więcej zasobów. Rozmawiałem dziś z waszym ministrem spraw wewnętrznych i administracji o tym, że może powinniśmy działać wspólnie – nie tylko na rzecz odporności, ale i odstraszania. Musimy sprawić, by Rosja i Białoruś ponosiły koszty swoich działań. Tak dalej być nie może: my tylko wzmacniamy odporność, a one nieustannie nakładają na nas koszty atakami hybrydowymi. Czas zacząć myśleć także w odwrotnym kierunku.

Czytaj więcej

Siewiera: Priorytety Putina się nie zmieniły, Donbas to tylko brama do prawdziwego celu

Załóżmy, że drony przekraczają granicę i spadają na terytorium Estonii. Kto wtedy działa – pana resort czy wojsko?

Za reakcję na naruszenie przestrzeni powietrznej odpowiada zazwyczaj resort obrony – łącznie z zestrzeleniem obiektu, jeśli to konieczne. Zdarzało się to już kilkakrotnie.

To dopiero pierwszy krok. Co dalej?

Jest jeszcze system ostrzegania ludności, który podlega mojemu ministerstwu. Uzgodniliśmy jednak, że w razie potrzeby może go uruchomić także resort obrony lub wojsko. Jeśli nadlatujące drony zagrażają jakiemuś regionowi, ludzie dostają ostrzeżenia na telefony. Syren dotąd nie musieliśmy włączać, bo nie było takiej sytuacji. Musimy natomiast rozbudować systemy antydronowe – to również zadanie mojego resortu. Budujemy te zdolności na granicy zewnętrznej i w największych miastach.

To efekt zmiany charakteru zagrożenia?

Tak, i musieliśmy zmienić podejście. Kiedyś postrzegaliśmy rosyjskie zagrożenie liniowo – jako coś, co nadchodzi ze wschodu. Dziś, gdy na Bałtyku działa rosyjska flota cieni, wiemy, że może ono przyjść z każdej strony. Trzeba zabezpieczyć wszystkie kierunki, nie tylko wschodnią flankę. To zmienia sytuację również Polski, Szwecji, Finlandii – nas wszystkich.

Czytaj więcej

Zełenski o rozejmie energetycznym. „Drony Putina są silniejsze niż wpisy Trumpa”

Polska i Litwa podpisały właśnie umowę o współpracy przy ewakuacji ludności na wypadek kryzysu. Czy Estonia ma podobne porozumienie z Polską?

Od pewnego czasu obowiązuje wspólne porozumienie państw bałtyckich i Polski, którego stronami są też kraje nordyckie. Estonia jest silnie powiązana transportowo nie tylko z Łotwą, Litwą i Polską, ale także z Finlandią i Szwecją – tworzymy wspólną przestrzeń operacyjną. Jako państwo nie przygotowujemy się do ewakuacji obywateli z Estonii. Ale doświadczenia Ukrainy pokazują, że w pewnych sytuacjach ludzie zaczną się przemieszczać na własną rękę. Dlatego potrzebujemy tych porozumień – żeby taki ruch był skoordynowany i nie zamienił się w chaos.

Czy Estończycy boją się Rosji? Słuchając tego, co mówią Estończycy, nie tylko politycy, mam wrażenie, że niewielu z nich naprawdę się jej obawia.

Odpowiedź jest krótka: nie bać się, tylko być przygotowanym.