„Gnębili Białorusinów", „zamykali białoruskie szkoły", „zabraniali mówić w języku ojczystym". Od takich sformułowań roi się w białoruskich mediach propagandowych. Wszystko przez nowe święto państwowe, które po raz pierwszy jest obchodzone w tym roku – Dzień Jedności Narodowej. Odpowiednią decyzję Aleksander Łukaszenko podjął jeszcze na początku czerwca. Stwierdził nawet, że 17 września 1939 roku jest „świętą datą" dla Białorusi. Zapowiedział też, że w przyszłości ten dzień może zostać dniem wolnym od pracy.

Tematem od tygodnia żyje nie tylko propaganda. W różnych regionach Białorusi organizowane są dyskusje z udziałem przedstawicieli władz i prorządowych historyków. Co prawda nikt nie dyskutuje o sytuacji Białorusinów w II RP, lecz powtarzane są stare radzieckie tezy o „wyzwoleniu białoruskich chłopów", „wypędzeniu kapitalistów z zachodniej Białorusi" i o tym, jak ludność białoruska chlebem i solą witała żołnierzy Armii Czerwonej. Według Mińska nie było więc żadnej agresji, żadnego układu ZSRR z III Rzeszą. Co do tego władze w Mińsku nawet nie mają wątpliwości. Wątpliwości nie mogą też mieć nauczyciele historii w białoruskich szkołach, zgodnie z nowymi wytycznymi „wyzwoleniu Białorusi" w 1939 roku muszą poświęcić szczególną uwagę.

– W ostatnich latach był nawet spory popyt na prawdę historyczną, prezentowałem swoje książki o międzywojennej historii II RP, organizowałem wystawy. Opowiadałem o granicy, która przebiegała pomiędzy imperium Stalina a Europą. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że bez tamtych wydarzeń nie byłoby współczesnej Białorusi. Ale powinniśmy pamiętać też o tym, jakim kosztem to się odbyło. Poza tym ta data wcale nie oznacza zjednoczenia Białorusi, bo granica w 1939 roku nigdzie nie zniknęła, zniszczyły ją Niemcy dopiero w 1941 roku – mówi „Rzeczpospolitej" znany białoruski historyk Ihar Melnikau, badacz okresu międzywojennego II RP.

Po 30 latach od upadku Związku Radzieckiego w kraju Łukaszenki już prawie nie ma białoruskojęzycznych szkół.

– Władze w Mińsku dotychczas nie chciały tej historii rozgrzebywać i prowokować Polski. Moskwa od dawna poszukiwała w relacjach białorusko-polskich czegoś na wzór Wołynia w relacjach ukraińsko-polskich. 17 września 1939 roku było więc jedyną datą, o którą można było się zaczepić. I to zrobili. Udało się to zrobić po wyborach prezydenckich w sierpniu 2020 roku. Dzisiejsza Białoruś wróciła do najgorszej antypolskiej propagandy Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej z lat 30. Wszystko po to, by nas podzielić i skłócić – dodaje.

Po części to się udało, gdyż temat „17 września" był swoistą puszką Pandory, której lepiej było nie otwierać, zwłaszcza w środowisku tak zwanej starej, białoruskojęzycznej opozycji demokratycznej.

– Mam bardzo pozytywny stosunek do tej daty, bo w przeciwnym wypadku zachodnia część Białorusi zostałaby spolonizowana, a część wschodnia zrusyfikowana. Nasz naród dzięki temu się zjednoczył – mówi „Rzeczpospolitej" Aleh Trusau, szef Stowarzyszenia Języka Białoruskiego im. Franciszka Skaryny. Był w opozycji do Łukaszenki jeszcze na początku lat 90., będąc deputowanym Rady Najwyższej Białorusi.

Trusau przyznaje jednak, że po 30 latach od upadku Związku Radzieckiego w kraju Łukaszenki już prawie nie ma białoruskojęzycznych szkół.

– W ponad 2-milionowym Mińsku działa jedynie pięć albo sześć białoruskich szkół. Likwidowane są organizacje popularyzujące język i kulturę białoruską takie jak PEN Club – wskazuje. Po ubiegłorocznych wyborach władze zlikwidowały założony przez Trusaua prywatny niezależny Białoruski Uniwersytet Narodowy, a obecnie likwidują stowarzyszenie, na czele którego stoi.

Autopromocja
PARKIET CHALLENGE - GRA GIEŁDOWA

Zainwestuj wirtualne 15 000 zł i wygraj atrakcyjne nagrody

Dołącz do gry