I tak, chodzi o tę samą sobotę. Obie wypowiedzi szefa rządu dzieli zaledwie kilka godzin. Pierwsza została wygłoszona w czasie  konferencji "Praca dla Polski", na której PiS przedstawiał swoje plany na przyszłość.

Druga – na urodzinach Radia Maryja, na której PiS był licznie reprezentowany.

Wizja „merytorycznej współpracy” i „walki politycznej nie będącej walką plemienną” wygląda więc mniej więcej tak, że topór wojenny zakopujemy, owszem, ale w plecach politycznych przeciwników (i ich wyborców). Wszyscy jesteśmy Polakami, no ale niektórzy kochają Polskę tak jak trzeba (premier Morawiecki i słuchacze Radia Maryja), a inni nie dość mocno, więc przyda się interwencja Matki Boskiej. Pojednajmy się więc – ale na naszych warunkach. My powiemy wam jak kochać Polskę, wy ją pokochacie według naszych instrukcji, i wtedy Polska będzie rosła w siłę, a ludziom będzie się żyło dostatniej.

Problem w tym, że w popołudniowej wypowiedzi premiera pobrzmiewa raczej słynne zawołanie Joachima Brudzińskiego z jednego z wieców o „komunistach i złodziejach”, z których śmieje się cała Polska (czytaj: ci, którzy kochają Polskę wystarczająco mocno), niż koncyliacyjny przekaz przedpołudniowy. Owszem polityka polega na graniu na różnych fortepianach, ale trzeba to robić subtelnie, bo jeśli robi się to jednocześnie, to zamiast pięknej melodii wychodzi kalecząca uszy kakofonia. Jeśli więc premier chciał jednego dnia przed południem przekonywać, że jest politykiem centrowym, a popołudniu postanowił uwiarygodnić się przed twardym elektoratem PiS, to przynajmniej jedna z tych misji zakończyła się niepowodzeniem.

Najgorsze jest to, że premier wydaje się przekonany, iż jeśli nie wbije szpili tym wstrętnym liberałom, KOD-owi, PO, euroentuzjastom etc., etc. występując przed żelaznym elektoratem swojego ugrupowania – to zostanie wzięty za jednego z „onych”. Gdyby tak bowiem nie było, w czasie 27. urodzin Radia Maryja powierzyłby Matce Boskiej Nieustającej Pomocy cały naród.

Bez przypisów.