Korzyść z takiego rozwiązania to zapewnienie partii przeżycia i zdobycia miejsc w Sejmie, z czym przy obecnych notowaniach PSL (od kilku miesięcy w sondażach GfK Polonia miał 2 – 4 proc. poparcia, tylko w ostatnim badaniu – 6 proc.) mogłyby być kłopoty. Prawo wyborcze mówi bowiem, że ugrupowania, które startują w wyborach parlamentarnych, same muszą zdobyć co najmniej 5 proc. głosów, by umieścić swoich ludzi w Sejmie. Dla koalicji partii próg ten jest wyższy (8 proc.), ale start z PO, która ma wysokie notowania, byłby dla PSL gwarancją wejścia do parlamentu.
– A gdyby sytuacja była tragiczna, da się to wytłumaczyć wspólnym rządzeniem przez ostatnią kadencję – mówi „Rz” jeden z polityków PSL.
W oficjalnych rozmowach ludowcy zaprzeczają, by poważnie rozważali wariant startu w koalicji. Podkreślają, że byłby to dla nich dyshonor.
– W tej chwili nie ma takiej sprawy i nie sądzę, by się pojawiła. Ze spokojem czekamy na wynik wyborów samorządowych – zapewnia Stanisław Żelichowski, szef Klubu PSL.
Wariant startu do Sejmu w koalicji za nierealny uznaje też Janusz Piechociński. – Z powodu wewnętrznych kłopotów PiS stoimy raczej przed szansą, a nie zagrożeniem – przekonuje.
Politycy PO też podkreślają, że do rozstrzygnięcia wyborów samorządowych jest za wcześnie, by spisywać PSL na straty. – Traktujemy ich jako koalicjanta, który jest samodzielny. Myślę, że dobrze poradzą sobie w wyborach samorządowych – mówi Danuta Pietraszewska z władz krajowych PO. Podobnego zdania jest Waldy Dzikowski, wiceszef Klubu Platformy.
Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Rz”, politycy PO wysuwali już propozycję wspólnego startu w wyborach w 2011 r.
– PSL jest dla nas wygodniejszym, bo już znanym, partnerem niż mniej przewidywalne SLD. A przed takim właśnie wyborem możemy stanąć – mówi osoba zbliżona do władz PO.
Politolog prof. Kazimierz Kik scenariusz koalicji wyborczej uznaje za przedwczesny, ale realny: – Gdyby PSL uznało, że coś grozi jego istnieniu, może się na to zdecydować. Ale to by oznaczało, że dla PO staje się tylko przystawką.