Kamil Dziubka: Można pana jeszcze spotkać na dyżurach w szpitalu?
Władysław Kosiniak-Kamysz: Na dyżurach już niestety nie. Czasami pracuję jako lekarz-wolontariusz.
Tak jak w 2016 roku w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.
Na przykład. Poza tym prawie codziennie udzielam porad lekarskich i to nie tylko współpracownikom, ale też ludziom, którzy po prostu przychodzą do mojego biura. Wiele osób pyta np. o namiary na specjalistów, szukają nadziei, bo sytuacja w służbie zdrowie jest dramatyczna.
Politykom też pan udziela porad lekarskich?
Zdarza się. Oczywiście nie jestem jakimś wybitnym autorytetem medycznym - jest wielu świetnych lekarzy, którzy na co dzień praktykują - ale jak tylko mogę, staram się pomóc. Zwłaszcza, gdy trzeba komuś po prostu wskazać dobrego lekarza. Takich próśb jest mnóstwo i z roku na rok coraz więcej.
Nie brakuje panu takiego codziennego kontaktu z pacjentami?
Będąc w polityce nie narzekam na brak kontaktu z ludźmi (śmiech). Między polityką a medycyną jest dość sporo analogii. Ale jedna jest chyba najważniejsza – w centrum jest człowiek. Wiem, brzmi to górnolotnie, ale tak jest. Jako polityk mam mnóstwo spotkań z wyborcami, więc to w jakimś sensie rekompensuje mi brak codziennego, czysto lekarskiego kontaktu z pacjentami. Ale oczywiście, że czasem tęsknię za lekarskim fartuchem i stetoskopem.
A w polityce obowiązuje zasada „po pierwsze nie szkodzić”?
Lekarskie „primum noc nocere”… Czasem rzucam to hasło z mównicy sejmowej. Tak, ta zasada powinna obowiązywać. Ona jest zresztą dobra nie tylko w medycynie, ale w ogóle w życiu: nie szkodzić drugiemu człowiekowi, a jak można pomóc, to w ogóle jest super.
I tak jest w polskiej polityce?
W żadnej nie jest.
Ale rozmawiamy o tej naszej.
Nie ma roztropnego dbania o dobro wspólne, a tak politykę zdefiniował prawie 20 lat temu w polskim Sejmie papież Jan Paweł II. Niestety nie widzę tego dzisiaj. Widzę działanie impulsywne, agresywne, przepełnione nienawiścią do innych partii, innych polityków.