Rodzina Bartłomieja Misiewicza wpłaciła pod koniec czerwca 100 tys. zł., dzięki czemu były rzecznik MON i współpracownik Antoniego Macierewicz mógł opuścić areszt. Przebywał w nim od stycznia.

Misiewicz, wraz z byłą już urzędniczką MON Agnieszką M.  jest podejrzany o przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę spółki PGZ w wysokości ok. pół miliona złotych. Z kolei wraz z byłym posłem PiS Mariuszem Antonim K. usłyszał zarzut „powoływania się wspólnie i w porozumieniu na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł”.

W Polsat News Misiewicz był pytany o to, czy czegoś żałuje. - Przed pewnymi rzeczami bym się bronił. Ale z zadań, które otrzymywałem, jestem dumny - że mój przełożony, że kierownictwo miało do mnie na tyle duże zaufanie, że te zadania wykonam - powiedział.

- Wiem tylko, że dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że jak ktoś jest winny i są na niego dowody, to wychodzi z aresztu szybko i szybko sprawa trafia do sądu - mówił.

Misiewicz mówił również, że gdyby nie reakcja Rzecznika Praw Obywatelskich, niektórych mediów oraz jego obrońców, pewnie dalej przebywałby w areszcie. - Dziwne, że media prawicowe zaspały - skomentował.

Jak były szef MON komentuje ocenę komisji powołanej przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, która stwierdziła, że nie miał on żadnych kompetencji do zajmowania stanowisk, na które go powołano?

- Nie noszę w sobie żadnego żalu. Za to noszę ogromną miłość do bliźnich, w przeciwieństwie do wielu osób publicznych - powiedział.