– Nie wyobrażam sobie, że Polska mogłaby nie ratyfikować konwencji. To byłaby hańba międzynarodowa – stwierdził prezydent Komorowski po podpisaniu dokumentów koniecznych do ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. W jego ocenie dokument będzie wzmacniał przepisy istniejącego w Polsce prawa.

– Nie można w takich sprawach kierować się kalkulacją polityczną czy wyborczą. Po prostu trzeba być pryncypialnie i zasadniczo po stronie ofiar, po stronie krzywdzonych – podkreślił prezydent i dodał, że nie znalazł powodu, „aby kwestionować konstytucyjność konwencji".

Ale według politologów jej ratyfikacja w środku kampanii wyborczej to ukłon prezydenta w kierunku elektoratu lewicowego i centrowego. – Teraz nie ma gestów i słów niezwiązanych z kampanią i wyborami. Myślę, że tu nie ma przypadku, a chodzi po prostu o pozyskiwanie elektoratu lewicowego – mówi Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW.

Podobnie uważa także prof. Kazimierz Kik. Jego zdaniem Komorowski, ratyfikując konwencję, dokonał posunięcia, które może poszerzyć jego elektorat.

Jednak według dr. Wojciecha Jabłońskiego z UW to jeden z większych błędów Komorowskiego w kampanii. – Niepotrzebnie wkroczył na front ideologiczny, na którym zawsze silniejszy będzie Andrzej Duda – stwierdza Jabłoński.