Pomysły na wyrzucanie dziennikarzy były, ale nigdy nie starczało na to odwagi. Pamiętam, było to dość dawno, pamiętam inicjatywę prof. Geremka. Myślę, że idealistycznie myślał, że będzie lepiej i usprawni to pracę parlamentu, ale gdy usłyszał głosy kontestacji ze strony środowiska medialnego, to zmienił zdanie i przyznał rację dziennikarzom. PiS wie, że kiedy rządzi, to dziennikarze nie powinni mu patrzeć na ręce, bo skończy jak PO i SLD.

Pytany, czy dziennikarze sami sobie zasłużyli na takie traktowanie, Wenderlich powiedział, ze daleki jest od takich uogólnień, ale z ubolewaniem musi przyznać, ze czasem goła łydka posła jest dla nich ważniejsza niż ważna procedowana ustawa.

- Dziennikarze tez w jakimś stopniu są winni, bo byli wśród nich tacy, którzy chcieli być kreatorami polityki, a nie informatorami - dodał.

- Znam Marszałka Kuchcińskiego dobrze, pracowałem z nim przez dwie kadencje, i uważam że to nie jego pomysł, ale całej rządzącej formacji, by usunąć dziennikarzy jak najdalej od siebie. - Te zakazy się długo nie utrzymają, ale żeby tak się stało, w środowisku dziennikarskim musi być solidarność i jednolitość - dodał.

Pytany o premie na koniec roku Wenderlich przyznał, że kiedy był wicemarszałkiem i dostał taką premię z rąk Ewy Kopacz, to całe prezydium Sejmu uznało, że te pieniądze należy przeznaczyć na cele społeczne. Jak dodał, warto jednak zauważyć, że takie premie były przyznawane od ponad 20 lat i nigdy o nich głośno nie mówiono.

Pytany o słabe notowania SLD, Wenderlich odparł, że "gdyby nie było nadziei, gdzieżby przyszłość była". Dodał, że jako wiceprzewodniczący wierzy w przyszłość SLD, ale także wierzy, że w jedności siła i partie lewicowe powinny występować razem. Dodał, że partii ciąży nazwisko Leszka Millera, który ma większą siłę niszczenia niż tona trotylu.