Przyznaję, że wielu z nich nie rozumiem – ale ten – jak najbardziej, zwłaszcza po angielsku. „Boy or girl?" – pyta żona logika, który przyjmował poród. „Jak najbardziej" – odpowiada spokojnie logik.
Po kilku godzinach sensacją było, jak będzie nazywał się chłopczyk, któryś tam w kolejce do korony Anglii. Zakładając, że monarchia będzie ciągle istniała i kolejni następcy królowej Elżbiety będą równie długowieczni jak ona i w dodatku bezpłodni – to noworodek ma szansę na zostanie królem gdzieś w XXII w.
Dużo bardziej interesujące były inne wiadomości dnia. Alek Minassian z Toronto zabił samochodem dziesięć osób i zranił kilkanaście. Mimo że wygląda na to, że zrobił to z premedytacją – jak dotąd nikt nie nazywa go terrorystą. Tak się – niestety – przyjęło, że terrorystą jest się tylko, mając muzułmańsko brzmiące imię i nazwisko oraz wykrzykując po arabsku: „Bóg jest wielki".
Minassian jest Kanadyjczykiem, ale 40 lat temu jego ormiańsko brzmiące nazwisko nasunęłoby myśl, że mamy do czynienia z aktem terrorystycznym dokonanym przez Dasznaków, czyli organizację Dashnaktsutyun, Ormiańską Federację Rewolucyjną (ARF). W latach 70. i do połowy lat 80. przypisywano jej dziesiątki zamachów, przeważnie w państwach zachodnich, głównie na obywateli tureckich. ARF powstała w XIX w., a jej członkowie byli głównymi założycielami niepodległej Republiki Armenii w 1918 r., którą po kilkunastu miesiącach rozgonili bolszewicy. Dziś ARF jest oficjalna partią w Armenii i częścią koalicji z rządzącą Partią Republikańską.
Gdy piszę ten felieton, w Armenii trwa coś na kształt rewolucji. Od prawie dwóch tygodni trwają demonstracje przeciwko sfałszowanym (jak zwykle) wyborom, do demonstrujących dołączyli żołnierze, premier podał się do dymisji, a prezydent odmawia negocjacji z liderem tłumów Nikolą Pashinyanem. Żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie – przywódcy Azerbejdżanu – sami wybrani w sfałszowanych wyborach – wyrażają poparcie dla demonstrujących Ormian. Prawdopodobnie po to, by osłabić państwo, z którym pozostają w stanie zawieszonej wojny po zagarnięciu przez Armenię jednej szóstej Azerbejdżanu ćwierć wieku temu i w obawie, że ich własna opozycja też wyjdzie na ulicę. W USA o ormiańskiej rewolucji prawie nic nie wiadomo, poza informacją, że jedna z wielu sióstr Kardashian znanych wyłącznie z tego, że są siostrami Kardashian, popiera demonstrujących. Niestety zamieściła swoje zdjęcie sprzed kilku lat ze słodką staruszką, która dziś z kijem w ręku broni władzy. A Ormianie w Kalifornii zorganizowali marsz upamiętniający symboliczną datę wymordowania ich rodaków w 1915 r.
Wracając do Alka Minassiana, chociaż chrześcijańskiego, a nie muzułmańskiego pochodzenia, należał do facebookowej (zamkniętej już) grupy, która wydała z siebie co najmniej jednego znanego terrorystę – Elliota Rodgera. Cztery lata temu zabił on sześć osób w Kalifornii. Okazuje się, że grupa nazywa się „Incel" od zwrotu „involuntarily celibate", czyli „nie z własnej woli żyjący w celibacie", i nienawidzi ludzkości, która jest niesprawiedliwa, bo przystojni faceci mogą sypiać z ładnymi dziewczynami, a ładne dziewczyny nie chcą inceli. „Zaczynamy rewolucję inceli" – napisał Minassian przed wjechaniem w tłum.
Świat jest coraz bardziej skomplikowany, bo zamiast pilnować przede wszystkim muzułmanów, trzeba będzie też infiltrować inceli. A specjaliści od terroryzmu, którzy próbowali przekonywać, że wielu terrorystów ma mniej lub bardziej ukryte problemy seksualne, zacierają ręce.
Póki nie jest za późno, radzę zająć się jeszcze jedną niebezpieczną grupą o terrorystycznym potencjale: weganami. Pani Nasim Najafi Aghdam, która napadła na biura YouTube'a, jest weganką, tak jak i weganką jest pewna Francuzka skazana na siedem miesięcy więzienia w zawieszeniu za „pochwałę terroryzmu". Wpadła ona w zachwyt, że wśród zamordowanych przez terrorystę w Trebes we Francji był rzeźnik.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95